Zagrożenia

Czyli co może przydarzyć się pod wodą


SPIS TREŚCI

Wstęp - ku przestrodze

Kusze

Sieci

Duże zbiorniki wodne

Rzeki

Nocne łowy

Duże i kąsające ryby

Jednostki pływające

Zimna woda

Igor Budakov - utopił się 27 lipca 2007r
Igor Budakow z Kaliningradu - utopił się podczas polowania na suma 27 lipca 2007r w rzece Ławie (polska nazwa - Łyna)




Wybrane z Internetu


http://www.youtube.com/watch?v=0rbrXvHwdGA


http://www.youtube.com/watch?v=e4rv18kGY1Y

http://www.youtube.com/watch?v=DlG1F61m8N0

http://www.youtube.com/watch?v=lXtv9Pbzumk

Wstęp - ku przestrodze

W 2007 roku podczas podwodnych łowów życie straciło dwóch moich znajomych — Igor Budakow z Kaliningradu i Dymitr Kowalczuk z Mińska, stolicy Białorusi.
Igora znałem dość dobrze. Wielokrotnie wspólnie jeździliśmy na podwodne łowy nad jez. Wisztyniec i rzekę Szeszupę w obwodzie Kaliningradszkim. Igor odwiedzał mnie w Polsce, gdzie też razem polowaliśmy na moich ulubionych łowiskach. Był jednym z najlepszych łowców podwodnych w Rosji. Przez kilka lat był na liście 10 najwyżej punktowanych. Raz zdobył tytuł wicemistrza Federacji Rosyjskiej. Kilkakrotnie zdobywał tytuł mistrza Obwodu Kaliningradzkiego.
Od 1999 roku był na każdych Mistrzostwach Polski. Brał udział w Mistrzostwach Świata w Brazylii oraz w wielu zawodach i turniejach w Europie. Miał 42 (bez 3 miesięcy) lata i był bardzo sprawny fizycznie. Potrafił zatrzymać oddech na 6 minut i nurkować na bezdechu na głębokości poniżej 30 metrów! Łowiectwo podwodne zaczął uprawiać w syberyjskich rzekach jeszcze będąc w szkole podstawowej. Podwodny świat i ryby tak go zaabsorbowały, że przyjechał do Kaliningradu by na tamtejszej uczelni studiować ichtiologię. Po ukończeniu studiów zajął się działalnością handlową. W chwili tragicznej śmierci był właścicielem sieci sklepów ze sprzętem nurkowym i do łowiectwa podwodnego oraz najlepszych sklepów akwarystycznych w Kaliningradzie. Prowadził też szkołę łowiectwa podwodnego. I taki człowiek utopił się w rzece Ławie w wodzie o głębokości 2,7m! Gdy to usłyszałem, to nie mogłem uwierzyć.
Zadzwoniłem do wspólnych kolegów i dowiedziałem się szczegółów tego wypadku. Okazało się że 27 lipca Igor wraz ze swoją żoną Nastią wybrał się nad rzekę Ławę niedaleko miejsca gdzie wpływa z Polski (Łyna) do obwodu kaliningradzkiego. Jest tam zapora wodna, jeszcze poniemiecka, z turbiną elektryczną. Pod zaporą są zalane podziemne tunele w których chowają się duże sumy.
Tydzień wcześniej Igor upolował tam 25kg okaz. Polował na bezdechu. Tym razem jednak coś poszło źle i na brzegu Nastia nie doczekała się męża. Na drugi dzień jeden z kaliningradzkich płetwonurków znalazł zwłoki 6 metrów od wyjścia z tunelu. Dowiedziałem się też, że w samochodzie Igora leżała 0,5 litrowa butla Spare-Air. Nie wiadomo, czy zapomniał ją wziąć ze sobą, czy też uznał że niepotrzebny mu dodatkowy balast. A mogła mu uratować życie!

Dymitr Kowalczuk
Dymitr Kowalczuk z Mińska na Białoprusi - utopił się podczas podwodnych łowów 23 stycznia 2007r

Z Dymitrem Kowalczukiem spotkałem się tylko jeden raz podczas jego wizyty w Polsce. Dymitr zapraszał mnie do wzięcia udziału w jednej z wypraw łowieckich organizowanych przez jego firmę. Był instruktorem i właścicielem sklepu nurkowego oraz szkoły nurkowania i łowiectwa podwodnego w Mińsku na Białorusi. Zajmował się organizowaniem wypraw dla płetwonurków i łowców podwodnych. Brał udział w wielu mistrzostwach i turniejach na Białorusi i poza jej granicami. Był doświadczonym łowcą. Zaraził swoją pasją wielu Białorusinów.
Wieczorem 23 stycznia 2007 roku Dymitr wraz z dwoma kolegami wybrał się na nocne polowanie do zalanej kopalni żwiru niedaleko rzeki Bereziny. Było to możliwe, ponieważ styczeń był ciepły i wody były bez lodu. Jego koledzy wyszli z wody o umówionej porze i długo czekali na Dymitra. W następnych dniach, pomimo zaangażowania wielu ratowników, akcje poszukiwania zwłok nie przyniosły rezultatów. Później przyszły mrozy i żwirownia pokryła się lodem. Dopiero w marcu udało się go znaleźć - bez pasa balastowego pod zatopioną barką. Prawdopodobnie pod tą barką zmącił sobie płetwami wodę i stracił orientację. W chwili śmierci miał 34 lata.


Łowiectwo podwodne można śmiało zaliczyć do sportów ekstremalnych, wysoce ryzykownych. Są kraje, gdzie każdego roku giną zarówno amatorzy jak i doświadczeni zawodnicy. Giną podczas zawodów i podczas polowań rekreacyjnych. Nawet w Polsce wypadki się zdarzają, chociaż ilość ludzi uprawiających ten sport jest znikoma.
W naszej strefie klimatycznej łowcy giną najczęściej w sieciach, poranieni przez śruby napędowe jednostek pływających, uwięzieni w konarach zatopionych drzew, pod pływającymi wyspami, pod lodem, postrzeleni przez cudze lub własne kusze, utopieni przez wielkie ryby, na skutek wyziębienia, z wyczerpania, na skutek gwałtownej utraty świadomości.
Wiele tragedii można było uniknąć. W niektórych przypadkach zabrakło umiejętności przewidywania, zdrowego rozsądku, w innych zawinił brak zimnej krwi i panika lub cudza głupota.

Zakładam, że osoby zainteresowane podwodnym łowiectwem zanim zaczną uprawiać ten sport, zdobędą odpowiednie uprawnienia i podstawowe umiejętności nurkowania na zatrzymanym oddechu. W związku z tym nie będę tutaj omawiał zagadnień związanych z medycyną nurkową ani opisywał techniki freedivingu. Tematy te są obowiązkowe w szkoleniu płetwonurków na średni (zaawansowany) stopień. Ograniczę się do spraw związanych tylko z samym łowiectwem podwodnym w wodach śródlądowych w naszej strefie klimatycznej, a przede wszystkim w Polsce. Niemniej, podaję tu odsyłacze do witryny polskich "freediver'ów" - można tam przeczytać artykuł o technice nurkowania z zatrzymanym oddechem oraz o zasadach bezpiecznego nurkowania. Warto też prześledzić niektóre wątki na ich forum Polecam!

Jak już wcześniej wspominałem, łowca podwodny narażony jest na wiele niebezpieczeństw. Nawet najlepsi zawodnicy, potrafiący nurkować na zatrzymanym oddechu na głębokość poniżej 30 metrów i mogący przebywać pod wodą ponad 5 minut, ulegają wypadkom. Przyczyn jest wiele, lecz najczęściej zawodzi człowiek cierpiący później na skutek tych wypadków. Łowca pod wodą jest skazany sam na siebie - nie poluje się ramię w ramię z partnerem. A w razie nieszczęścia pomoc kolegów pozostałych na brzegu lub asekurujących z łodzi przychodzi zwykle zbyt późno. Przecież nie są w stanie od razu reagować gdy łowca pod wodą wpadnie w tarapaty gdyż poszukując ryb pokonuje on znaczne odległości i nie będzie nurkował bezpośrednio pod łodzią. Koledzy zaczną się niepokoić dopiero wtedy gdy przez dłuższą chwilę nie będą słyszeli charakterystycznego odgłosu wydmuchiwanej wody z rurki albo gdy płetwonurek nie wróci o umówionej porze. A wtedy na skuteczną pomoc jest już za późno. Co najwyżej mogą wszcząć alarm i zainicjować poszukiwania zwłok.
Chociaż nie sposób z góry przewidzieć zdarzeń losowych niezależnych od nas, to jednak zachowując się w sposób odpowiedni do bieżącej sytuacji i aktualnych warunków panujących w wodzie i otoczeniu, można znacznie zmniejszyć ryzyko wypadku. Poniżej wyszczególnionych jest kilka tematów. Uwagi i rady zawarte w tych tematach powstały na podstawie własnych doświadczeń oraz na podstawie zdarzeń przeżytych i opisanych przez kolegów „po fachu” z Polski i z zagranicy.

Kusze

Kuszę zawsze należy nabijać pod wodą i rozładować przed wyjściem z wody. Czytałem o wielu wypadkach spowodowanych zlekceważeniem tej zasady i sam byłem świadkiem jednego. Opisałem to zdarzenie w rozdziale "Podwodne przygody" w opowiadaniu pod tytułem "Przebojowa noc".
Znam jednego „Starego Fachowca” z Łodzi, który podczas nabijania na lądzie pneumatycznej kuszy wstrzelił sobie pięcioząb z zadziorami w udo aż do kości, poprzez skafander. Inny przestrzelił sobie łydkę, a jeszcze inny – stopę. Podobne wypadki zdarzają się dość często. Niektóre kończą się tragicznie.
Np. pewien początkujący łowca z Ukrainy nabijał pneumatyczną kuszę w ten sposób, że ustawił ją pionowo, opierając tylnią część na ławie a od góry, poprzez kawałek deski napierał całym ciałem na strzałę z pojedynczym grotem. Deseczka przełamała się i strzała przeszyła na wylot głowę nieszczęśnika.

Strzelać należy do dobrze widocznych i rozpoznawalnych celów tak, aby przypadkiem nie trafić kolegi lub innych, przypadkowych ludzi.
Inny przyład - pewien Ukrainiec polując w rzece o słabej przezroczystości wody zauważył duży, ciemny obiekt w gęstej roślinności i natychmiast, bez zastanawiania się, wystrzelił. Okazało się, że to nie był sum, tylko kolega. Trafił go w brzuch. Na szczęście dla obu, postrzelony został uratowany.

Nawet będąc pod wodą nie należy mierzyć w stronę powierzchni. Przypadkowo wystrzelona strzała w powietrzu leci z wielokrotnie większą siłą niż w wodzie i może zerwać linkę (i później szukaj igły w stogu siana) albo na skutek amortyzacji linki, może wracając uderzyć boleśnie lub zranić nieuważnego łowcę.

Należy zawsze kontrolować kierunek, w jakim skierowana jest strzała w naładowanej kuszy. Trzeba liczyć się z przypadkowym strzałem, bo może się przydarzyć Wam nieudany wypad nad wodę, tak jak mnie kiedyś.
Otóż pewnego dnia, cumując swoją łódź w bazie rybackiej po kilku godzinach bezskutecznych łowów, zobaczyłem dwóch znajomych rybaków zdających ryby do magazynu. Było na co popatrzeć. W skrzynkach mieli dorodne liny, spore szczupaki i duże karasie. Był to rezultat osiągnięty przy pomocy kilku wontonów.
Po przywitaniu i krótkiej wymianie zdań rybacy powiedzieli mi z jakiego jeziora zdają ryby. Udzielili mi również informacji jak tam dojechać.
Następnego dnia wybrałem się nad to jezioro. Jest ono niewielkie, ok. 70 ha. Niestety przezroczystość wody była niewystarczająca. Później wielokrotnie nadkładałem drogi, jadąc nad inne zbiorniki i sprawdzałem widoczność w tym jeziorze.
Wreszcie, po kilku tygodniach trafiłem na odpowiednie warunki. Przebrałem się w skafander, zabrałem pozostały sprzęt i wskoczyłem do wody. Podczas drugiego zanurzenia na skraju podwodnej roślinności pokrywającej dno od pasa trzcin i schodzącej po stoku do głębokości 4m zauważyłem prawie metrowego szczupaka. Czaił się w połowie toni, bokiem przylegając do kilku pędów wywłócznika. Strzeliłem bez namysłu, będąc jeszcze w trakcie zanurzania. Po prostu bałem się, że z rozpędu zbyt mocno zbliżę się do tego okazu i spłoszę go.
Spudłowałem. Szczupak odskoczył 2 metry i przyczaił się pod krzakiem rdestnicy a ja wypłynąłem na powierzchnię. Z pośpiechu złapałem za pojedynczy grot gołą dłonią i próbowałem nabić pneumatyczną kuszę. Strzała wyślizgnęła się i poszybowała w powietrze. Czterometrowa linka zerwała się jak nitka i strzała wpadła do wody w miejscu gdzie była najgęściejsza roślinność zanurzona i gruba warstwa mułu pod spodem. Pół godziny bezskutecznie próbowałem odzyskać strzałę i jeszcze dwukrotnie natykałem się na tego zębala.

Sieci

Zarówno w zbiornikach z wodą stojącą jak i w rzekach należy zawsze spodziewać się sieci, nawet w najbardziej niewiarygodnych miejscach. Rybacy nie oznaczają swoich sieci, by nie ułatwiać roboty złodziejom a kłusownicy starają się maksymalnie maskować swoje, tak by nie zostały znalezione przez inne osoby.
Z daleka, na powierzchni wody są widoczne tylko pływaki od sieci sielawowych. Jednak stawiane one są w toni na dużych głębokościach, daleko od łowisk penetrowanych przez wędkarzy i podwodnych łowców. Nikt rozsądny nie będzie się do nich zbliżał. W takie sieci najczęściej wpadają płetwonurkowie nurkujący z aparatami oddechowymi.
Dobrze widoczne są też żerdzie od pułapek typu mieroża i kozaki więc można je bezpiecznie omijać. Również nie stanowią wielkiego zagrożenia sieci rozstawione na głębokości do 2m. Nieuważny pływak łatwo może się z nich wyplątać. Ważne, by nic nie robić na siłę, bo można się pokaleczyć lub uszkodzić sobie sprzęt.

Najgorsze są drygawice i wontony stojące na głębszej wodzie. Przeważnie siatki te są wysokie na 1,5m do 6m i długie na 40m. Często są stawiane po kilka sztuk, wiązane jedna za drugą. Są one obciążone na dolnej lince stalowymi kołami lub ołowiem a do górnej linki są przymocowane korkowe pływaki. Sieci są tak wyważone, że obciążona dolna lina leży na dnie a pływaki utrzymują je w pozycji pionowej.
Często bywa że sieci stoją nie pionowo lecz są pochylone w stosunku do dna na skutek niedbałego stawiania lub wskutek działania prądu lub fal.
Gdy nieuważny łowca wpadnie w taką stojącą na głębokości kilku metrów sieć w ten sposób, że górna część z linką z pływakami będzie się znajdowała nad nim a dolna część sieci z obciążnikami przed lub pod nim, to w żadnym razie nie wolno mu zrzucać pasa balastowego. Powinien zachować zimną krew i trzymając się bliżej dna odpłynąć od sieci tak, aby między nim a powierzchnią wody była czysta toń – sama siatka jest luźna i zawsze się podda naciągnięciu.
Dopiero po wypłynięciu na powierzchnię można podjąć działania w celu oswobodzenia siebie i zaplątanego sprzętu przy pomocy noża lub rwąc oczka sieci, (jeśli pozwala na to materiał, z jakiego jest wykonana). W przeciwnym wypadku pechowiec może tylko bardziej zaplątać się i sieć znajdująca się nad nim skutecznie zagrodzi drogę do życiodajnego powietrza. Główne liny (górna i dolna są zawsze wykonane z mocnego materiału i są dobrze naciągnięte) będą go ściągały w dół, jak sprężyny. Tak już nie jeden podwodny łowca zakończył życie.

Ja, polując w nocy, wielokrotnie wpadałem w różne sieci. Stare, zgubione przez kłusowników jak i nowe, solidnie zakotwiczone lub przywiązane do kołków wbitych w dno. Na przykład, kiedyś w Rosji polując metodą spływu z nurtem rzeki, tylko w jedną letnią noc aż sześć razy wpływałem w sieci. Do tej pory udało mi się uniknąć tragedii tylko dzięki temu, że nie wpadałem w panikę.

Rybacy i kłusownicy starają się stawiać sieci w takich miejscach, w których ich trud nie pójdzie na marne. Dobrze znają zbiorniki wodne oraz wiedzą gdzie i jakich ryb mogą się spodziewać. Podwodni łowcy penetrują te same łowiska. Łowca płynie pod wodą równolegle do dna, na głębokości roboczej (3 do 6m) i rozgląda się na boki, wypatrując ukrytych między roślinami ryb oraz obserwuje dno w poszukiwaniu węgorzy. Mniej uwagi zwraca na przestrzeń przed sobą i może w porę nie zauważyć sieci. Zwłaszcza, gdy poluje w pochmurny, deszczowy dzień, w nocy lub w wodzie o małej przezroczystości.
W takich warunkach należy pływać wolniej a zanurzać się wtedy, gdy widać że miejsce jest bezpieczne i nie przeciągać przebywania pod wodą do granic wytrzymałości. Trzeba starać się wypływać na powierzchnię z zapasem sił. Wtedy, w razie wpadnięcia w sieci, zawsze będzie trochę czasu na oswobodzenie się lub zrzucenie pasa balastowego lub zaplątanych elementów wyposażenia.

Duże zbiorniki wodne

Gdy mam możliwość wyboru, to na podwodne łowy zawsze wybiorę większe jezioro. Uważam, że w dużych zbiornikach wodnych ryby mają lepsze warunki bytowania, więcej kryjówek oraz jest na nich, (choć nie na wszystkich) prowadzona w miarę racjonalna gospodarka rybacka.
Jeziora o dużej powierzchni mają przeważnie bardziej urozmaiconą linię brzegową i dno oraz często można na nich znaleźć górki podwodne, podwodne łąki, zaciszne zatoki, półwyspy oraz wyspy. W dużych jeziorach, a zwłaszcza typu sielawowego, jest większa szansa na spotkania z medalowymi okazami takich ryb jak szczupak, lin, karp, okoń, leszcz i węgorz.

Niestety, zbiorniki te mają też swoje mankamenty. Gdy wieje wiatr, to tworzą się fale większe niż na małych jeziorach i co za tym idzie, pogarsza się widoczność w strefie litoralnej. Jest też na nich o wiele większy ruch. Zwłaszcza w dni wolne od pracy i w wakacje. Na ogół jest tak, że im większe jezioro, to tym więcej ludzi nad nim odpoczywa. Więcej jest ośrodków wypoczynkowych, kampingów, pól biwakowych, żaglówek i łodzi wędkarskich a na wielu dużych jeziorach i zalewach dozwolone jest uprawianie sportów motorowodnych.
Łatwiej wtedy o konflikty, z wzywaniem policji i straży rybackiej włącznie – dzisiaj Każdy ma telefon komórkowy.

Na zbiornikach wodnych o dużej powierzchni nieodzowna będzie stabilna łódź – taka, na którą będzie można wychodzić z wody bez ryzyka wywrotki. Przy jej pomocy można przemieszczać się między różnymi łowiskami, oszczędzając czas i siły. Na łodzi można przechowywać zapasowy ekwipunek, napoje i kanapki.

Gdy brak jest łodzi i trzeba wchodzić do wody z brzegu, to radzę na początku polowania uważnie obserwować okolicę z powierzchni jeziora. Trzeba zapamiętać charakterystyczne szczegóły krajobrazu, tak by później łatwo trafić do miejsca w którym chcemy zakończyć nurkowanie. W tym celu trzeba odpłynąć od przybrzeżnych szuwarów w stronę środka zbiornika na taką odległość, by trzciny nie zasłaniały widoku brzegu. Jeżeli mimo tego krajobraz wydaje się monotonny i miejsce wejścia niczym się nie wyróżnia, to ja sobie teraz zaznaczam trzciny tak, by znak był widoczny z daleka. Jest to ważne, bo gdy łowca jest już zmęczony i chce wyjść na brzeg a nie może trafić na swoje miejsce, to później jeszcze jest skazany na dodatkowy wysiłek.

Kiedyś, gdy już chciałem wyjść z wody to zmarnowałem jeszcze dwie godziny, pływając to w jedną stronę, to w drugą stronę a i tak w końcu nie trafiłem do zostawionego za trzcinami auta.
Gdy zorientowałem się że wyszedłem w złym miejscu to wspiąłem się w pełnym rynsztunku na leśne wzgórze (a był gorący i słoneczny dzień), by przekonać się, że jestem jakieś 2km od swojego samochodu. Już nie miałem siły by zejść do jeziora i dalej pływać. Postanowiłem dojść przez las do jakiejś drogi i poprosić kogoś przejeżdżającego o podwiezienie.
Niestety, był to głupi pomysł. Po jakimś półgodzinnym marszu las zakończył się i wyszedłem na polną, mało uczęszczaną drogę. Już nie miałem odwrotu i musiałem wybrać kierunek, by maszerować dalej. Po następnych 15 minutach, gdy już byłem ledwo żywy, postanowiłem zdjąć pas balastowy oraz kurtkę od skafandra chociaż w lesie komary atakowały moją twarz a na polu rzuciły się na mnie końskie muchy. Chciałem sprzęt ukryć w krzakach i dalej iść bez balastu. Na szczęście, w tym momencie pojawił się około 14-sto letni chłopak na motorowerze. Z początku nie chciał się zatrzymać bo pewnie widok wielkiego osobnika w czarnym kombinezonie ze strzelbą w ręku wychodzącego nagle z lasu, zdrowo go wystraszył. W końcu ciekawość zwyciężyła i po krótkiej rozmowie, za obiecane 20zł zgodził się mnie podwieźć. Okazało się, że do asfaltowej drogi było jeszcze 2 kilometry.

Zbiorniki wodne różnią się nie tylko powierzchnią. Różnią się też średnią głębokością. Jeziora typu sielawowego mają dużo większą średnią głębokość niż jeziora linowo – szczupakowe. Te ostatnie wiosną szybko nagrzewają się a jesienią jeszcze szybciej stygną. Gdy jeziora linowo-szczupakowe już zamarzną, to jeziora sielawowe jeszcze przez parę tygodni są bez lodu. Dlatego wiosną sezon łowiecki lepiej zaczynać w jeziorach płytkich. W głębokich jeziorach sielawowych do połowy czerwca raczej nie można liczyć na zadowalające rezultaty podwodnego polowania. Za to sezon w nich trwa do późnej jesieni. A późną jesienią nad wodą częstym zjawiskiem są mgły.

Jak niespodziewana mgła złapie podwodnego łowcę z dala od brzegu to bez kompasu na pewno zabłądzi. W takim przypadku należy za wszelką cenę dotrzeć do jakiegoś lądu i poczekać aż mgła zniknie lub chociaż rozrzedzi się na tyle by można było zlokalizować swoją pozycję. Nie należy podejmować ryzyka i próbować dotrzeć do wcześniej zaplanowanego miejsca bo to we mgle i bez kompasu nie uda się.
Najważniejsze jest aby nie stracić sił przez nieprzemyślane działania. Pływanie w panice w różne strony nic oprócz wyczerpania nie da. Należy obrać jeden kierunek nasłuchując dźwięków cywilizacji, obserwując dno i podwodne rośliny albo fale (jeżeli woda nie jest gładka). Gdy okaże się że ten bezpieczny ląd to wysepka to i tak lepiej na niej poczekać na poprawę widoczności. Po chwili z pewnością zacznie dokuczać zimno - woda ze skafandra parując odbiera ciepło. Wtedy należy co jakiś czas rozgrzewać się jakimiś ćwiczeniami.

Kilka razy pobłądziłem na dużych jeziorach, w tym dwa razy na Mamrach. Raz zabłądził nocą na Mamrach mój kolega z Kaliningradu a ja najadłem się strachu gdy do rana nie dał znaku życia.
Miałem szczęście że moja lekkomyślność i lekceważenie zasad bezpieczeństwa nie skończyły się tragicznie. Zdarzenia te opiszę w rozdziale "Podwodne przygody"


Rzeki

Najbardziej lubię podwodne łowy w rzekach, chociaż zawsze wchodzę do nich z mieszanymi uczuciami – z niepokojem i nadzieją. Niepokoję się o to, co mnie może tym razem spotkać? Jakie niespodzianki tam na mnie czekają? Zwłaszcza, gdy jest to noc. Jednocześnie, za każdym razem mam wielką nadzieję upolować rekordową rybę, ponieważ największe okazy (za wyjątkiem mórz) spotykałem w rzekach. Widziałem też fotografie kolegów z Rosji i Ukrainy z 70-cio kilogramowymi sumami, 30-sto kg sazanami, 50-cio kg tołpygami i amurami upolowanymi w Wołdze, Dnieprze, Donie i innych rzekach.

Szczerze jednak odradzam początkującym łowcom polowanie w rzekach bez odpowiedniego przygotowania. A na nocne łowy w rzekach mogą decydować się tylko doświadczeni płetwonurkowie i powinni wybierać dobrze sobie znane miejsca.
W rzekach nie ma żartów. Oprócz niebezpieczeństw typowych dla zbiorników z wodą stojącą, dochodzą jeszcze zagrożenia związane z prądem wody. W rzekach zdarza się najwięcej utonięć wśród podwodnych łowców z państw byłego ZSSR.

Wszyscy przed wejściem do rzeki powinni być świadomi tego, że woda przemieszcza się w niej z różną prędkością. Rzeka toczy swoje wody najwolniej przy dnie, przy bocznych spadach i na przybrzeżnych płyciznach. Nawet w nurcie, przy samym dnie występują „strefy martwej wody”. Na samej powierzchni woda też płynie wolniej niż w toni. Natomiast na obszarze ograniczonym z jednej strony przeszkodą, z drugiej – nurtem a z trzeciej strony – brzegiem, często występują prądy wsteczne i strefy wody stojącej.
Najszybciej woda przemieszcza się po osi nurtu w głównym korycie rzeki. Na przewężeniach, za zakolami, tamami, progami, i innymi przeszkodami prąd wody w nurcie znacznie przyspiesza. Przy wklęsłych brzegach nurt wymywa głębsze doły, tworząc plosa. Przy wypukłych brzegach tworzą się piaszczyste mielizny – ławice.
Oprócz tego, piasek niesiony przez nurt tworzy przemieszczające się wypłacenia, tzw. przemiały. Na niektórych odcinkach rzeki prąd wymywa głębokie jamy w burtach brzegowych oraz podmywa korzenie nadrzecznych zarośli i drzew. Niektóre podmyte drzewa nachylają się nad wodą i później na skutek silnego wiatru lub działań bobrów, zwalają się do rzeki, tworząc tamy.
Na tych drzewach zatrzymują się niesione prądem różne materiały – konary innych drzew, gałęzie, belki, deski, łodygi, liście, sieci i inne śmieci.
Z upływem czasu, na mniejszych rzekach tamy te rozrastają się tak, że kajakarze muszą je omijać, przenosząc swój sprzęt po lądzie nad brzegiem. Woda przepływając przez te konstrukcje znacznie zwalnia a nurt zmienia kierunek, podmywając drugi brzeg lub wymywając dół pod spodem.
Są to jedne z najniebezpieczniejszych, ale zarazem najciekawszych miejsc dla podwodnych łowców. W takie miejsca nie wolno podpływać z prądem wody. Może zdarzyć się tak, że bystry nurt wciśnie płetwonurka pod spód tej plątaniny i znajdzie się on w matni. Pod takim zawałem może mu nie starczyć miejsca na przeciśnięcie na drugą stronę a na wypłynięcie pod prąd zabraknie mu sił. Trzeba jeszcze pamiętać o tym, że z takich zwalonych drzew sterczą na wszystkie strony sęki i ostre kikuty obłamanych konarów. Mogą skutecznie zatrzymać człowieka pod wodą, gdy zaczepi się o nie nizałką lub innymi częściami swojego wyposażenia. Poza tym, wpływając w takie miejsca płetwonurek swoim ciałem ociera się o gałęzie i strąca z nich nagromadzone śmieci i osadzony muł. Skutkiem tego jest natychmiastowy spadek przezroczystości wody, co też znacznie utrudni znalezienie drogi ewakuacji na powierzchnię.

Bezpieczniej jest ominąć taką przeszkodę z daleka, by później zawrócić pod prąd i dokładnie spenetrować obszar za nią. Natomiast nurkować głębiej pod tamę i między konary można tylko wtedy, gdy jest dostatecznie dużo miejsca na bezpieczne manewry. Oprócz tego, podpływając do zawału głową pod prąd, nie ma ryzyka, że na skutek pracy płetwami stracimy widoczność. Zbełtany muł i strącone z gałęzi osady spłyną do tyłu zgodnie z ruchem wody, nie przeszkadzając w poszukiwaniu ryb. I co ciekawe, ryby w takich miejscach są mniej płochliwe. Najwyżej wpływają głębiej w zawał, tam, gdzie jest ciemniej. Do tego stopnia ufają swoim kryjówkom, że często przytrzymując się lewą ręką za jakieś gałęzie, mogłem spokojnie, bez pośpiechu wybrać największą rybę i wycelować do niej tak, by strzała nie wbiła się w drewno po jej przebiciu.

Utknąć pod wodą na zawsze można nie tylko w zwalonych drzewach. Podobnie jest też w głębokich jamach wymytych w burtach brzegowych, gdy woda odsłoniła plątaninę korzeni drzew i krzewów.

Polując metodą spływu z prądem rzeki płetwonurek jest jeszcze narażony na zderzenia (przeważnie głową) z różnymi przeszkodami pojawiającymi się niespodziewanie na jego drodze - gdy rozglądając się na boki za rybami w porę nie zauważy niespodzianki. Im szybszy nurt, tym boleśniejsze zderzenia.

W małych i średnich rzekach spodziewajcie się kajakarzy. Im bardziej dzika i malownicza rzeka, tym więcej spływów kajakowych jest na niej organizowanych. W sezonie, przed każdym zanurzeniem nasłuchujcie chwilę czy nie pojawiły się jakieś dźwięki spowodowane przez ludzi.
Kajaki przemieszczają się po wodzie z nurtem z dość dużą prędkością. Przed zanurzeniem się nie było nikogo widać na rzece a tu raptem okazuje się że po wypłynięciu na powierzchnię zarobiliście przypadkowo cios wiosłem w głowę.
Uczestnicy spływów kajakowych przeważnie robią dość dużo hałasu i z daleka ich słychać, nawet za kilkoma zakrętami. Lepiej wtedy ukryjcie się na parę minut pod zwisającymi gałęziami krzaków, w trzcinie, pod liśćmi grążeli – gdziekolwiek. Po co prowokować nieprzychylne komentarze i nieprzewidziane reakcje. W takiej grupie zawsze może być jakiś nawiedzony właściciel telefonu komórkowego.


Nocne łowy

Wszyscy podwodni łowcy, zresztą tak jak i wędkarze, marzą o złapaniu wielkiej ryby. I nie chodzi o to, że im większa ryba to tym więcej mięsa z niej można uzyskać. Nic bardziej mylnego – walory kulinarne większości dużych (a zarazem starych i tłustych) ryb są, conajmniej wątpliwe.
Chodzi wyłącznie o własną satysfakcję oraz zdobycie godnego trofeum - takiego, by wzbudzić zazdrość i podziw wśród kolegów.
Duży sum jest z pewnością jedną z tych wymarzonych, potencjalnych zdobyczy. Fotografie 2-3kg węgorza też ładnie prezentują się w albumie. Tak samo 10-cio kilogramowego sandacza, czy 3 kilogramowego miętusa. Są to typowo nocne drapieżniki, więc polowanie na nie nocą jest całkowicie naturalne a nawet wskazane. Oprócz w/w ryb w nocy mamy dużą szansę upolować ryby aktywne tylko w dziennej porze dnia jak też i te żerujące całą dobę.

Każdy zwróci uwagę że w tych samych miejscach w nocy widać o wiele więcej ryb niż w dzień. Przyczyn jest kilka.
Nocne drapieżniki w ciągu dnia chowają się w głębokich dołach, norach, pod kamieniami, stoją w toni poniżej termokliny lub zakopują się w mule albo pod zwartym dywanem gęstej roślinności. Dopiero z nastaniem nocy podchodzą na płytszą wodę zapolować na drobnicę.
Natomiast ryby spokojnego żeru w ciągu dnia trudno zauważyć, gdyż przebywają wśród gęstych roślin wydzielających tlen na skutek fotosyntezy. Nocą zachodzi odwrotne zjawisko – rośliny wydzielają dwutlenek węgla i w związku z tym ryby opuszczają swoje dzienne kryjówki.
Dlatego w nocy należy szukać ryb na granicy podwodnych roślin, nad niską trawą lub wśród trzcin i sitowia.
W ciągu dnia, zwłaszcza gdy świeci słońce, światło pod wodą jest rozproszone, brak jest cieni i kontrast jest słaby. Łatwo przegapić niektóre ryby. Natomiast w nocy, w promieniach podwodnej latarki większość ryb jest doskonale widoczna. Jednak nie należy przesadzać z mocą latarki. Zbyt silne światło skutecznie wypłoszy ryby i nawet nie zauważy się jaki okaz pozostawił po sobie chmurę zbełtanego mułu. Nie należy także bezpośrednio świecić na zauważoną rybę. Lepiej ją pozostawić w półcieniu i spokojnie wycelować kuszę.
Początkowo każdy będzie borykał się z trudnościami przy przekładaniu upolowanej ryby ze strzały na nizałkę. W jednej ręce latarka, w drugiej kusza i ryba miotająca się na strzale lub na lince, (gdy strzała przejdzie na wylot). Co wtedy robić? Ja wyłączam latarkę i puszczam ją luźno na lince a z rybami radzę sobie bez sztucznego oświetlenia, nawet z węgorzami. Dużym ułatwieniem jest światło księżyca ale w pochmurną noc też sobie radzę. Po pewnym czasie każdy dojdzie do wprawy.
Niestety, w Polsce uprawianie łowiectwa podwodnego w nocy jest zabronione. Pozostaje tylko „dogadywać” się z rybakami lub dzierżawcami wód choć w razie wpadki, (np. podczas akcji Państwowej Straży Rybackiej i policji) i tak nie zwalnia to od odpowiedzialności karnej.
Z niektórymi gospodarzami akwenów nie można dojść do porozumienia. Wtedy miłośnikowi mocnych wrażeń pozostaje tylko zdecydować się na świadome popełnienie wykroczenia lub przestępstwa. Kwalifikacja prawna czynu zależy od wartości ryb znalezionych przy nieostrożnym łowcy.
Problemów takich nie mają nasi wschodni sąsiedzi. Tam podwodne polowanie w nocy jest legalne.
Kto pierwszy raz wejdzie pod wodę w nocy ten od razu zauważy różnice między dziennymi łowami a nocnymi. Po kilku następnych razach na pewno połknie bakcyla. Jednak początkującym łowcom szczerze odradzam próbowania nocnych polowań, zwłaszcza w rzekach. Jest to zajęcie dla dobrze wyszkolonych i doświadczonych płetwonurków, wymagające odpowiednich predyspozycji.
Człowiek nurkujący w nocy na bezdechu narażony jest na wiele niebezpieczeństw i musi sobie zdawać sprawę że pływa w warunkach całkowicie odmiennych od tych, do których przywykł podczas dziennych łowów.
Polując nocą nie wolno zapominać o wyżej opisanych zagrożeniach. Na dokładkę, ryzyko zaplątania się w sieci jest wielokrotnie większe niż w dzień. Rybacy i kłusownicy rozstawiają swoje siatki przeważnie wieczorami a zbierają je rankami.
Do tego w Polsce dochodzi jeszcze stres związany z nielegalnością nocnych łowów.
Wybierając się na nocne łowy w dużych zbiornikach należy odpowiednio przygotować się. Przede wszystkim trzeba wcześniej, w ciągu dnia, dokładnie rozpoznać łowisko i zapamiętać ukształtowanie linii brzegowej oraz charakterystyczne punkty na brzegach. Przyda to się później w nocy do określenia swojej aktualnej pozycji w stosunku do miejsca na brzegu w którym pozostały rzeczy i samochód.
Należy bowiem pamiętać o tym że jeżeli patrzy się od strony wody, z jej powierzchni, to brzeg w nocy wydaje się wszędzie jednakowy. Tym bardziej, gdy jest zasłonięty pasem trzcin i oczeretów.
Podwodny łowca aktywnie przemieszcza się w wodzie i jest skupiony na poszukiwaniu ryb, wypatrywaniu sieci, maskowaniu swojej obecności w wodzie i unikaniu innych zagrożeń. Po pewnym czasie ma problemy z określeniem punktu powrotu. Zaczyna niepokoić się, czy zdoła dopłynąć do wyznaczonego miejsca. A gdy jeszcze niespodziewanie pojawi się mgła, to może potem długo kręcić się w kółko i stracić całą przyjemność z polowania.
Dlatego, by uniknąć niepotrzebnych stresów, dobrze jest wybrać się na nocne łowy z towarzystwem które na brzegu zapewni odpowiednie światło, dobrze widoczne od strony jeziora. Przy okazji przypilnuje rzeczy i w umówiony sposób ostrzeże, gdy w pobliżu pojawią się niepożądani goście.
Lepszym rozwiązaniem byłoby wybranie się z łodzią i kolegą dla asekuracji.
W nocy (także w dzień w wodzie o słabej przezroczystości) staram się pływać powoli i rękę z kuszą trzymam wyciągniętą przed głową. Taki sposób pływania pogarsza skuteczność polowania – nie zawsze ryby czekają aż skieruję w ich stronę kuszę i po wycelowaniu wystrzelę. Za to kilka razy uniknąłem zaplątania się w sieci.

Płynąc pod wodą, nie należy się spieszyć z kilku powodów:
- Większa prędkość to jednocześnie większy wysiłek dla mięśni i szybsze zużycie tlenu.
- Przez pośpiech można przegapić nawet dużą rybę.
- Podczas mocniejszej pracy nóg powoduje się większe zamieszanie pod wodą i bardziej płoszy się ryby.
- Większa inercja może spowodować że nieuważny łowca wpadnie w sieć z większą siłą i później trudniej mu będzie oswobodzić się.


Duże i kąsające ryby

W Bałtyku i w naszych wodach śródlądowych nie ma rekinów, jadowitych ryb i meduz a jednak łowcom podwodnym przytrafiają się różne nieprzyjemne przygody.
Nie słyszałem o przypadkach agresywnego ataku na człowieka w wykonaniu choćby największych szczupaków, sandaczy, karpi, tołpyg (a łowiono okazy po 50kg) czy też innych ryb, oprócz sumów.
Nawet 20-sto kilogramowe egzemplarze nie są w stanie utopić dorosłego człowieka przez wciągnięcie go w głębię. Mogą natomiast zranić łowcę nie tylko zębami, ale jeszcze jego własną strzałą - jeżeli strzała nie przeleci na wylot trafioną rybę, to ta, kręcąc się dookoła swojej osi i wyginając na boki może zranić będącego w pobliżu człowieka grotem wystającym z rany.

Duże ryby mogą przypadkowo znokautować łowcę zagradzającego im drogę podczas panicznej ucieczki. Wyobraźcie sobie siebie stojącego na drodze 50-cio kilogramowemu sumowi lub 30-sto kilogramowemu sazanowi, wyskakującym z nory lub innego ukrycia w panice i z impetem pocisku. Blokując im drogę do otwartej toni, narażacie się na zderzenie. Były już przypadki złamania żeber, pozbawienia przytomności i stłuczenia twarzy. Boleśnie uderzyć swoim łbem potrafią też mniejsze ryby.

Ja kilkakrotnie zostałem uderzony przez ryby, których nawet dobrze nie widziałem. Efektem tych spotkań były sińce i złość na siebie samego za straconą okazję do upolowania medalowej sztuki.

Sum
Zdarzają się śmiertelne wypadki podczas polowania na suma. Do śmierci człowieka pod wodą mogą przyczynić się ryby nawet średnich r ozmiarów.
Ponieważ w Polsce jest mało łowców podwodnych i spośród nich niewielu może pochwalić się medalowym okazem, znowu posłużę się przykładami z Rosji, Białorusi i Ukrainy. Poza tym w polskich wodach ryby te nie występują tak powszechnie jak u naszych sąsiadów. A już zupełną rzadkością w Polsce są rzeki oraz zbiorniki wodne zasiedlone sumem i jednocześnie nadające się do uprawiania łowiectwa podwodnego. Niemniej, na skutek zarybień sytuacja ta zmienia się na lepsze i miejmy nadzieję, że w najbliższej przyszłości kilkudziesięciokilogramowe okazy coraz częściej będą naszym trofeum.
Dlatego, by nie popełniać błędów mogących mieć tragiczne następstwa, warto zapoznać się z cudzymi doświadczeniami.

Wybierając się na rzeczne podwodne łowy, gdy spotkanie suma jest prawdopodobne, obowiązkowo zaopatrzcie swoją kuszę w kołowrotek z zapasem mocnej linki. Kołowrotek przyda się w rzece nie raz, wierzcie mi. Przyda się nie tylko w walce z dużym sumem. Gdy traficie wielką rybę i nie będziecie w stanie od razu nad nią zapanować, to zapas linki pozwoli Wam wypłynąć na powierzchnię wody, do powietrza. Potem możecie spokojnie zacząć przemyślane działania w celu wyciągnięcia strzelonej ryby.

Kiedyś w rosyjskim dwumiesięczniku „Mir Podwodnej Ochoty” przeczytałem opowiadanie o walce pewnego łowcy jaką stoczył z 60-cio kilogramowym sumem w rzece Dniepr na głębokości 10m pod wodą.
Otóż pewnego razu zanurkował on w znanym sobie głębokim, ciemnym dole w nurcie rzeki i od razu zauważył wielką rybę leżącą spokojnie na dnie. Mimo tego, że ryba wydawała mu się dwa razy większa niż on sam, od razu, bez namysłu i celowania wystrzelił - przecież nie można nie trafić w taki gigantyczny cel.
Niestety, grot strzały tylko przebił skórę ryby tuż pod grzbietową płetwą i strzała ledwo się trzymała. Ryba, po ugodzeniu strzałą spokojnie odpłynęła parę metrów pozostając w swoim dole. Łowca, gdy zobaczył że może stracić swoją rekordową rybę, podpłynął do suma chcąc ręką dopchnąć strzałę.
Nawet nie pomyślał o wypłynięciu na powierzchnię w celu zaczerpnięcia powietrza. A było to możliwe, gdyż jego kusza (jak większości łowców okazów) była wyposażona w kołowrotek z 30-sto metrowym zapasem linki.
W momencie gdy już sięgał do strzały, sum obrócił głowę i złapał go za rękę. Wciągnął rękę do paszczy aż za łokieć i trzymał bez ruchu przez kilkanaście najdłuższych sekund w jego życiu.
Łowca nie miał szans wypłynąć z takim ciężarem na powierzchnię a czuł, że zaraz straci przytomność z braku tlenu. Już myślał o reakcji rodziny i przyjaciół na to że przez głupią rybę stracił życie, gdy sum nieoczekiwanie puścił jego rękę. Łowca z taką szybkością popłynął do góry, że wynurzył się z wody aż po pas. Chwilę odpoczął, uspokoił się i zanurkował jeszcze raz. Chciał zobaczyć, co z jego niedoszłym zabójcą.
Możecie sobie wyobrazić jakie było jego zdziwienie gdy zobaczył rybę na swoim miejscu. Łowca sumowi nie popuścił. Gdy zbliżył się do ryby, sytuacja powtórzyła się. Lecz tym razem człowiek był przygotowany. Z jedną ręką w paszczy suma, najpierw drugą ręką wraził rybie strzałę na wylot a później wyciągnął nóż i z furią zaczął dźgać swojego przeciwnika. Minęło jeszcze półgodziny zanim był w stanie doholować swoją zdobycz do brzegu. Potem, gdy już był w domu ze swoim trofeum, żona powiedziała: „ Hmm, no tak, ładna ryba, tylko po co żeś ją tak poharatał.”

O innym przypadku szczęściarza przeczytałem na rosyjskiej stronie internetowej.
Pewien początkujący łowca swojego pierwszego suma, i to od razu 45-cio kilogramowego, o mało nie przypłacił życiem. Zdarzyło się to w jednym z dopływów Donu.
Na głębokości 2-3 metrów płetwonurek wypatrzył w prawie pionowej skarpie brzegowej wielką, zaciemnioną jamę wymytą przez prąd rzeki. Zanurkował niżej i zbliżał się ostrożnie od dołu do potencjalnej kryjówki dużych ryb. Liczył na sazana, sandacza lub szczupaka.
Jako że rzeka była niewielka i wcześniej nikt w niej sumów nie łowił, to i on nie spodziewał się zobaczyć w odległości jednego metra przed swoją maską ogromnej, wąsatej paszczy. Strzelił odruchowo. Strzała przeszyła rybę od podgardla i wyszła przez grzbiet. Ale łowca tego od razu nie zobaczył. W jednej chwili z wystrzałem znalazł się w wielkiej chmurze czarnego mułu.
Tylko poczuł, jak ryba ocierając się o jego głowę, wyskoczyła z kryjówki i za moment poczuł potężne szarpnięcie za kuszę. Chwycił ją (kuszę) mocno obiema rękoma i bojąc się stracić rybę swojego życia, z całych sił zaczął płynąć w kierunku uciekiniera. W dalszym ciągu nic nie widział, gdyż ryba płynąc przed nim podnosiła z dna ogromne ilości mułu. Raz jeszcze poczuł, że sum przeciągnął go przez zawał z pni i gałęzi, zanim zwolnił na tyle, że łowca mógł dotrzeć do powierzchni wody.
W tym przypadku Rosjanin miał potrójne szczęście. Po pierwsze: upolował piękny okaz. Po drugie: nie utonął na skutek nokautu zaraz po wystrzale. Po trzecie: nie utknął na zawsze zaplątany lub zaklinowany wśród zatopionych pni.

Inny przykład agresywności sumów. Dwaj podwodni łowcy z Rosji polowali na ryby delcie Wołgi. Jeden strzelił 17-sto kilogramowego suma a drugi 6-cio kilogramowego. Ten większy, zanim został uśmiercony i przełożony na nizałkę, będąc jeszcze na lince od kuszy, kilka razy atakował płetwonurka, aż udało mu się wczepić zębami za jego nogę. Ten drugi, mniejszy, przyczynił więcej bólu swojemu zwycięzcy – złapał łowcę za policzek tak mocno, że ten rzucił kuszę i w panice wyskoczył na brzeg razem z rybą wiszącą u jego twarzy.

Postrzelony sum próbuje uwolnić się od strzały i liny przeważnie w ten sposób, że najpierw kręci się jak krokodyl dookoła swojej osi, a później próbuje ucieczki do jakiejś kryjówki.
W lipcu 2002r w nocy w rzece trafiłem 16 kg suma, który polował na ukleje pod samą powierzchnią wody. Nawet nie zauważyłem jak on to zrobił, lecz po kilku sekundach miałem pod sobą rybę, która zawinęła linkę dookoła mojej płetwy i ciągnęła mnie w głąb rzeki. Złapałem się za gałąź zatopionego drzewa, wciągnąłem się na nie i przez następne pół godziny miałem zajęcie z rozplątywaniem linki. A co by było gdyby sum miał 60 lub 80kg a woda byłaby głębsza?

Szczupak i sandacz
Często zdarzają się przypadkowe zranienia zębami szczupaka i sandacza, lecz są to skutki nieuwagi poszkodowanych. Rany po zębach ryb drapieżnych są bolesne, puchną i długo się goją. Gdy łowca nieostrożnie postępuje z dużymi szczupakami i sandaczami, to nawet neoprenowy skafander i rękawice nie uchronią go od ran - zęby dużych ryb są dłuższe od grubości neoprenu.
Ja, gdy trafi mi się duży okaz, to nizałką przebijam szczęki ryby dwa razy w ten sposób, że linka je zaszywa. Dzięki temu, podczas płynięcia z uwiązaną rybą unikam przypadkowego kontaktu z jej zębami ( a metrowy szczupak ma je niemałe), a także zamknięty pysk ryby nie zaczepia się za łodygi roślin.

Węgorz
Ugryzienia węgorzy podczas zdejmowania z grota i nadziewania na nizałkę nie są rzadkie i nie należą do przyjemnych doznań. Zwłaszcza w nocy trudno ich uniknąć.
Najlepszym zabezpieczeniem są rękawice - mogą być z cienkiego neoprenu, gdyż zęby węgorza są drobne i krótkie. Rękawice pozwalają też na pewniejszy chwyt i przytrzymanie tej śliskiej i stale wijącej się ryby.
Z dużymi węgorzami, oprócz pokąsania możemy mieć też inne, nieprzyjemne przygody. Żywy węgorz na nizałce stale wije się i skręca linkę. Często zrywa ryby wcześniej na nizałkę założone. Jeżeli znajdzie jakiś punkt oporu, to może rozerwać swoje ciało i uciec. Oprócz tego łapie zębami wszystko, co może ugryźć.
Moje wszystkie skafandry nurkowe (mam ich pięć, o różnych grubościach neoprenu) mają ślady po węgorzach. Niektóre uszkodzenia są głębokie do połowy grubości pianki.
Węgorze często tak splączą linkę od kuszy z linkami od nizałki i latarki, że dalsze kontynuowanie podwodnych łowów jest niemożliwe. Trzeba wyjść na brzeg lub płyciznę i poświęcić sporo czasu na doprowadzenie sprzętu do porządku.
Najlepszym sposobem na uniknięcie kłopotów jest uśmiercenie ryby zaraz po upolowaniu poprzez przecięcie jej kręgosłupa, tuż za głową. Niestety, nie jest to łatwe zadanie do wykonania w wodzie.
Dobrym sposobem jest nawleczenie ryby na nizałkę, przebijając ją przez otwór odbytowy w poprzek przez kręgosłup. Ryby założone w ten sposób szybko tracą siły i zachowują się spokojnie.

Jednostki pływające

Pływając w dowolnym zbiorniku wodnym należy spodziewać się różnych jednostek pływających. Mogą to być łodzie żaglowe i wiosłowe, kajaki, rowery wodne oraz łodzie z silnikami spalinowymi. W dużych, żeglownych zbiornikach mogą to być statki żeglugi śródlądowej, barki, ślizgacze i skutery wodne. Niektóre z tych jednostek rozwijają duże prędkości, nawet do 100km/h.
Ślizgacze i skutery wodne można spotkać też na jeziorach objętych strefą ciszy, gdzie mimo zakazów, właściciele tych jednostek urządzają popisy. Nierzadko sterują swoimi łodziami bez odpowiednich uprawnień lub będąc pod wpływem alkoholu.
Taki nieodpowiedzialny sternik stanowi śmiertelne zagrożenie dla łowcy podwodnego. Sterując łodzią płynącą z prędkością 40km/h (min. prędkość, by łódź wyszła w ślizg) lub większą, przy lekko sfalowanej wodzie nie jest on w stanie zauważyć czubka głowy z kawałkiem rurki oddechowej pojawiającego się od czasu do czasu w różnych miejscach na powierzchni jeziora.
Boja w takiej sytuacji też nie zapewni 100% bezpieczeństwa. Sternik bez uprawnień lub pijany nie zwróci uwagi na nią lub nie będzie wiedział co ona oznacza. Poza tym boja jest holowana przez łowcę podwodnego na lince o długości od 15 do 30m i w związku z tym głowa jego może się wynurzyć w innym miejscu niż spodziewa się go ujrzeć sternik.

Nad wodą należy uważnie nasłuchiwać, czy nie pojawi się charakterystyczny hałas powodowany przez ślizgacze. Dźwięk pracujących na wysokich obrotach silników zamontowanych w łodziach odróżnia się od dźwięku wydawanego przez samochody i jest słyszalny z dużej odległości.
Nie należy lekceważyć niebezpieczeństwa, nawet wtedy, gdy łodzie te są niewidoczne i wydaje się że pływają w znacznej odległości od łowiska penetrowanego przez łowcę. Na przykład: łowca zanurzy się pod wodę i będzie tam przebywał 1 minutę a tymczasem zza wyspy lub zza cypla wyskoczy ślizgacz, pokonując w ciągu tej minuty odległość 1 kilometra lub nawet 1,5km.

W zbiornikach wodnych w których są uprawiane sporty takie jak: narciarstwo wodne, żeglarstwo, kajakarstwo itp. wynurzać należy się z wolną ręką wyciągniętą ponad głowę (lepiej w przeszkodę uderzyć ręką niż głową) i stale obserwować powierzchnię bezpośrednio ponad sobą.
Czasami zachowanie takie jest przydatne – udaje się uniknąć zderzenia z dnem łodzi, która niespodziewanie pojawiła się na łowisku. Lecz najlepszym wyjściem jest pływanie w towarzystwie asekurującej łodzi.

Na powierzchni wody też trzeba być czujnym. Można niechcący zarobić wiosłem po głowie gdyż wioślarz siedzi w łodzi plecami w kierunku płynięcia i nie jest w stanie ominąć pojawiającego się nagle pływaka. Ponadto, o ile jednostki z napędem spalinowym są słyszalne nawet pod wodą, to łodzie żaglowe i wiosłowe oraz rowery wodne przemieszczają się po wodzie o wiele ciszej.

Kilka razy straciłem czujność i efektem tego były później guzy i siniaki. Kiedyś, wynurzając się, zobaczyłem nad sobą dno płynącego kajaka i całą uwagę skupiłem na tym by go ominąć a tymczasem tych kajaków było więcej i z następnym zderzyłem się. Tak samo w rzekach wpadały na mnie kajaki płynące w grupie. Innym razem przepuściłem nad sobą ślizgacz i wynurzyłem się a w tym samym momencie tuż koło mojej głowy przeleciała druga taka łódź – motorówki po prostu ścigały się a ja miałem dużo szczęścia.

Zimna woda

Nurkując na bezdechu w zimnej wodzie nigdy nie osiągnie się takich czasów jak w wodzie ciepłej. Im zimniejsza woda tym szybciej organizm zużywa tlen i tym krócej można wstrzymywać oddech. Najbardziej nieprzyjemne są: sam moment zanurzenia i pierwsze 10 – 15 minut. Później organizm zaczyna adoptować się na jakiś czas.
Najszybciej marzną palce u stóp i dłoni. Zaczynają drętwieć i nieznośnie boleć. Potem drętwieją całe kończyny, zaczynają się dreszcze, krótki oddech, spowolnione reakcje i hipotermia już jest tuż, tuż. Dlatego z wody należy ewakuować się przy pierwszych oznakach wychłodzenia i jak najszybciej rozgrzać się przy ognisku, w nagrzanym samochodzie lub jakimś niedalekim, ciepłym pomieszczeniu.

Dzisiaj nie ma problemu (jeśli możliwości finansowe pozwalają) z zaopatrzeniem się w odpowiedni ekwipunek do nurkowania w zimnej wodzie.
Większość podwodnych łowców pływa w mokrych lub półsuchych skafandrach nurkowych. Dobrze dopasowany skafander neoprenowy o grubości 7,5mm pozwala pływakowi przebywać w wodzie o temp. 0 +2 stopnie ok. 2 godzin. Niektórzy łowcy szyją sobie na zamówienie skafandry z 9 lub 10mm neoprenu co pozwala im przebywać w wodzie do 4 - 6 godzin. Inni pływają w suchych skafandrach nawet po 8 godzin (np. Rosjanie i Ukraińcy).
Jak widać, techniczne możliwości do uprawiania łowiectwa podwodnego zimą są. Tym bardziej że w ostatnich latach zimy są łagodne i lód na krótko pokrywa zbiorniki wodne. Były nawet takie zimy, że duże jeziora w ogóle nie zamarzały. Jednak nawet najlepszy "suchacz" nie zabezpieczy w 100 procentach głowy, a zwłaszcza uszu. Błona bębenkowa działa jak pompka, przez co ucho zewnętrzne jest płukane wodą z każdym nurkiem.

Wielu płetwonurków nurkując na duże głębokości w naszych wodach oraz wielu łowców podwodnych polując w chłodnej wodzie przez wiele godzin nabawiło się zapalenia ucha zewnętrznego.

Sam miałem przez trzy moje pierwsze łowieckie sezony ciągłe problemy z uszami.
Najgorszy był pierwszy raz - w lipcu na obozie szkoleniowo-stażowym nurkowałem w cienkim, 4mm skafandrze bez kaptura. W pewnym momencie kierownik obozu poprosił mnie bym wykonał głębokie (35m) nurkowania ze stażystami. Nie chciało mi się płynąć na brzeg i przebrać się w grubszy skafander.
Na tych 35 metrach nie przebywałem długo ale dobrze poczułem 4-ro stopniową temperaturę - za trzy dni wylądowałem w wojewódzkim szpitalu na oddziale laryngologicznym. 10 dni pod kroplówką i po wyjściu, jeszcze dwa tygodnie kwarantanny (zakaz nurkowania) - a był środek sezonu.
Później, praktycznie co parę tygodni dostawałem zapalenia ucha zewnętrznego. Lekarze - a leczyłem się u doktorów medycyny i nawet u profesorów, nie umieli mi pomóc. Truli mnie co rusz to innymi antybiotykami i ich jedyną radą było abym przestał nurkować.

Dopiero w Rosji, gdy po podwodnych łowach znowu zachorowałem, trafiłem na kompetentnego laryngologa. Był to pułkownik armii rosyjskiej który wiele lat odsłużył w Syberii. Wyśmiał antybiotykową kurację i stwierdził że mam zwykłe objawy alergii na zimną wodę. Położył mnie na godzinę pod kroplówkę i wlali mi litr soli fizjologicznej. Dał mi jeszcze tabletki antyalergiczne oraz poradził, że jak już nie mogę obyć się bez nurkowania to żebym zabezpieczał uszy tamponami z waty nasączonej zwykłym olejem jadalnym.
Pierwsze objawy zapalenia w przyszłości polecił leczyć poduszką elektryczną. Od tamtej pory, stosując się do tych rad, rzadko chorowałem. Tylko rosyjski patent ulepszyłem.
Otóż olej z tamponów szybko wypłukuje się więc zamieniłem go na maść z witaminą A. Przed każdym nurkowaniem robię z waty spiczaste czopki i obficie je pokrywam maścią a następnie upycham w kanale słuchowym. Metoda ta jest skuteczna, ma tylko jeden mankament - przez zatkane uszy źle się słyszy. Nie słychać wielu dźwięków, przez co można popaść w biedę. Zwłaszcza polując nielegalnie.

Przed wejściem do zimnej wody radzę dobrze sobie zaplanować trasę do przepłynięcia i nie oddalać się zbytnio od bezpiecznych miejsc, zwłaszcza w rzekach i na dużych zbiornikach.
Penetrowanie rzeki należy zacząć od płynięcia pod prąd. Wtedy przy pierwszych oznakach zmęczenia lub wychłodzenia spokojnie można zawrócić i z prądem (o wiele szybciej się płynie) dotrzeć do wyznaczonego miejsca.
W przeciwnym wypadku, gdy najpierw popłyniecie zgodnie z nurtem rzeki, może Wam zabraknąć sił na powrót. Będziecie zmuszeni wyjść na brzeg w przypadkowym miejscu i później przedzierać się przez nadbrzeżne zarośla w błocie lub przez śnieżne zaspy.

Na dużych zbiornikach, gdy oddalicie się zbytnio od brzegu, możecie zostać zaskoczeni przez nagle pojawiającą się gęstą mgłę. Jest to normalne i częste zjawisko atmosferyczne w chłodnej porze roku, zwłaszcza rano i przed zmierzchem. Jak wtedy bez kompasu wybrać prawidłowy kierunek płynięcia? A co, jeśli na skutek dezorientacji będziecie kręcić się w kółko i nie dotrzecie do brzegu przed wpadnięciem w stan hipotermii?

W Polsce zimą i wczesną wiosną nie można liczyć na upolowanie wielu ryb, a o medalowych trzeba zapomnieć.
Zimą w jeziorach widywałem tylko drobnicę i gdzie niegdzie małe szczupaczki i niewielkie okonie. W niewielkich i płytkich rzekach zimą wcale nie ma ryb. Jesienią migrują na zimowiska do większych rzek lub jezior.
Duże polskie rzeki nie nadają się do pływania ze względu na brudną wodę i pływające kry. Inaczej jest w Rosji i na Ukrainie. Tam na wielkich rzekach wybudowano wiele zbiorników zaporowych i elektrowni wodnych. Poniżej tych elektrowni woda nie zamarza nawet w największe mrozy i na niektórych odcinkach widoczność pod wodą dochodzi do 10m. Miejscowi płetwonurkowie szukają głębszych miejsc (10-15m) i znajdują tam zimujące ryby.

Ja w Polsce kończyłem sezon łowiecki wtedy, gdy temperatura wody spadała do +4 stopni Celsjusza, tj. w końcu października, czasami w połowie listopada. A zaczynałem sezon łowiectwa podwodnego gdy temperatura wody podnosiła się do +6 stopni.
Zimą pływałem w niewielkich rzekach bez kuszy, dla przyjemności samego pływania – aby zażyć ruchu i przez zimę zbyt nie odwyknąć od płetw.

Koniec sezonu przeznaczałem na poszukiwanie dużych szczupaków. Parę razy pływałem późną jesienią w nocy, mając nadzieję na upolowanie miętusów. Niestety, nie miałem szczęścia. Widziałem dużo miętusów wielkości palca i ani jednego wymiarowego.

Kto lubi czasami zamiast kuszy zabrać pod wodę aparat fotograficzny to późną jesienią i zimą może wybrać się nad pomorskie i zachodniopomorskie rzeki. Niektóre z nich mają dość przezroczystą wodę aby można było sfotografować łososie i trocie odbywające swoje coroczne pielgrzymki.