PODWODNE PRZYGODY

 

Spis treści

Jak trafiłem do podwodnego świata

Pierwsze upolowane ryby

Legendarne Mazury

Udany początek sezonu 2004

Węgorz za zegarek

Śmiertelna pułapka

Przebojowa noc

Extreme

Nocny spacer

Nieoczekiwane spotkanie

Sting Ray

Spustoszona rzeka

Spotkania z Coastguard

Przeboje z Pogranicznikami


05/06/2010 Small-eyed Ray upolowana w Worbarrow Bay, Dorset, Wielka Brytania

Wstęp

Każda wyprawa łowiecka uczy nas czegoś nowego. Z każdej wyprawy przywozimy do domu nie tylko ryby ale i bagaż nowych doświadczeń, nie zawsze miłych.

Na tej stronie umieściłem opowiadania o niektórych swoich przygodach związanych z łowiectwem podwodnym. Będę co jakiś czas doklejać nowe.

Jak trafiłem do podwodnego świata

Będąc na Mazurach, a dokładniej - biwakując z rodzicami i ich przyjaciółmi nad jeziorem Niegocin, w wieku 17 lat pierwszy raz w życiu wziąłem do ręki wędkę. Codziennie po parę godzin, wraz z kolegą mojego ojca pływaliśmy kajakiem w pobliżu trzcinowisk i łowiliśmy płocie, okonie oraz krasnopiórki na radzieckie teleskopy z włókna szklanego, bez kołowrotków. Ryby brały zawsze i wszędzie - był to rok 1974 a mazurskie jeziora nie były tak przetrzebione jak obecnie.
Była to dla mnie wspaniała zabawa. Kolega mojego ojca uczył mnie podstaw wędkarstwa i opowiadał mi o swoich wielkich szczupakach, okoniach i sandaczach łowionych na spinning. Nic dziwnego że po tych wakacjach zacząłem poważniej interesować się wędkarstwem i poświęcać temu hobby coraz więcej czasu. Dodam jeszcze że gdyby w moje ręce nie wpadła książka "Wędkarstwo jeziorowe" Tadeusza Andrzejczyka to być może mój kontakt z wędką ograniczyłby się tylko do okresów wakacyjnych wyjazdów.

W 1981r przeprowadziłem się do Świdwina, miasta w pobliżu Pojezierza Drawskiego. W niedużej odległości od miejsca zamieszkania miałem w zasięgu malownicze, rybne i czyste jeziora.
Z roku na rok nabierałem doświadczenia, poznawałem nowe zbiorniki wodne i dokonywałem coraz to nowych zakupów sprzętu wędkarskiego.
Po 15 latach od dnia gdy pierwszy raz zarzuciłem wędkę do wody, doszło do tego że z powodu ilości sprzętu biwakowego i wędkarskiego trzeba było organizować stacjonarne obozy wędkarskie na jednym miejscu.
Jak w maju wywoziliśmy sprzęt nad jedno jezioro to potem siedzieliśmy z kolegami i rodzinami w jednym miejscu aż do końca wakacji. Gdy następowało pogorszenie pogody to w obozie zostawali dyżurni a reszta jechała do domu.
W dni robocze mężczyźni wyjeżdżali rano do swoich miejsc pracy i wracali popołudniu.

Mieliśmy swoją energię elektryczną (w 1989r kupiłem od Mongołów na Stadionie X-cio Lecia agregat prądotwórczy Yamaha) i przenośną toaletę. Rzadko kiedy zmienialiśmy jezioro w czasie jednego sezonu. Za dużo roboty, żal zostawiać pomost i najważniejsze - szkoda było porzucać przygotowane z wielkim trudem i niemałym kosztem łowiska.
Od maja do września na łowiska w wybranym jeziorze wędrowały do wody tony (nie zmyślam, łatwo było załatwić u kombajnistów za parę flaszek) łubinu, kukurydzy, rzepaku, makaronu i zanęty z rozmoczonego chleba z otrębami (lub płatkami owsianymi).
Ryby łowiliśmy na wędki też tonami.
Po kilku dniach intensywnego nęcenia zaczynały się "żniwa". O brzasku, gdy ledwo było widać spławiki, najpierw brały duże leszcze (1,5 - 5kg) - przeważnie aż do wschodu słońca. Później, gdy leszcze odchodziły, zaczynały się brania dużych płoci (0,5 - 1,5kg/szt.). Płocie na łowisku były sygnałem że już pora zarzucać wędki z żywcem na szczupaka.
Były takie okresy że ryby brały jak głupie - nie dawały opaść przynęcie i gdy spławik zbyt długo się nie prostował to trzeba było szybko zacinać. Na łódź zabieraliśmy tylko po jednej wędce spławikowej i po jednej żywcówce.

Z wody w celach konsumpcyjnych zabieraliśmy tylko największe okazy. Reszta, po zakończonym wędkowaniu, była wypuszczana z sadzy na wolność. Zabrane z wody ryby spożywaliśmy na różne sposoby. Nadwyżki rozdawaliśmy znajomym oraz pakowaliśmy do zamrażarek.

Mimo tego że ryby były praktycznie jak oswojone i przychodziły na żer regularnie o kreślonych porach to zdarzały się okresy, nawet do tygodnia długie, że duże i średnie okazy znikały z łowisk. Brały tylko rybki niewymiarowe. I nie pomagały żadne "super zanęty" ze sklepów wędkarskich ani żadne "super atraktory". Na ekranie echosondy były widoczne chmary ryb tak liczne że zlewały się w jednorodne plamy a na haczyki zacinały się sporadycznie uklejki i małe płotki. W takich okresach zawsze mieliśmy dylemat - nęcić dalej czy przerwać nęcenie, a może tylko zmniejszyć ilość zanęty? Czy ryby wyżarły to co wsypaliśmy, czy też zanęta zalega na dnie i gnije? Jak to sprawdzić? I zawsze wtedy żałowaliśmy że nie ma w pobliżu znajomych płetwonurków którzy mogliby odpowiedzieć na nasze pytania.

W maju 1995r, gdy tylko drzewa i krzewy pokryły się młodymi listkami o kolorze jasnej zieleni, rozbiliśmy obóz wędkarski nad jeziorem Drawskim na dzikiej plaży w miejscowości Mącidół koło wsi Warniłęg. Polana i plaża leżały na terenie Drawskiego Parku Krajobrazowego.
Na początku czerwca strażnicy DPK odkryli nasz obóz (nielegalny) i zaczęli nas nękać co parę dni. Straszyli karami administracyjnymi, wypisywali mandaty, przyjeżdżali w towarzystwie policjanta.

W końcu podjęliśmy decyzję o przeprowadzce nad inne jezioro. Dogadałem się z właścicielem dużej łąki nad jeziorem Siecino, niedaleko od wioski Siecino (łąka była zarejestrowana jako pole biwakowe) i rozbiliśmy się tam.

26 czerwca obok nas rozbili obóz płetwonurkowie z Wielkopolskiego Towarzystwa Podwodnego "Barrakuda" z Poznania - wraz z rodzinami i przyjaciółmi, ok. 150 osób. Był to obóz szkoleniowo-stażowy. Wśród kursantów na stopień podstawowy byli ludzie w różnym wieku i o różnej kondycji fizycznej. Miałem okazję poobserwować ich i podczas rozmów z nimi bliżej zapoznać się z tym egzotycznym sportem. Po pewnym czasie stwierdziłem że nurkowanie to żadna "czarna magia".
Pojechałem do Szczecina do sklepu wędkarsko-nurkowego i po konsultacji z jego właścicielem (też płetwonurek) kupiłem sprzęt ABC, zamówiłem sobie skafander szyty na miarę i pozostałe wyposażenie. Kupiłem również książkę (faktycznie - podręcznik) "Nurkowanie".

Zanim po 2 tygodniach odebrałem zamówienie, zdążyłem dokładnie zapoznać się z treścią książki oraz potrenowałem nurkowanie z zatrzymanym oddechem wg wskazówek w niej zawartych.

Była druga połowa lipca, temperatura powietrza w ciągu kilku dni pod rząd przewyższała 36 stopni a woda nagrzała się do 28 stopni. Woda w jeziorze była krystalicznie czysta (tak mi się wówczas wydawało, dopiero później zobaczyłem przezroczystość wody w morzach) i z jej powierzchni przez maskę dokładnie widziałem najdrobniejsze kamyki leżące na głębokości 5-6m. Z wody wychodziłem tylko na krótkie przerwy. Ćwiczyłem scyzoryk, przedmuchiwanie uszu i coraz dłuższe pobyty w zanurzeniu.

W pierwszej kolejności zbadałem dno na naszych łowiskach - było to możliwe do wykonania bez aparatu oddechowego, gdyż zanętę wysypywaliśmy na stokach na niewielkiej głębokości (od 5m do 8m). Byłem przekonany że zobaczę dno zasłane naszą zanętą wysypywaną regularnie wieczorami, po zmroku i rankami, po zakończonym wędkowaniu - przecież od kilku dni nie było brań. Jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłem że po rzepaku i kukurydzy (nie gotowanej) nie zostało żadnego śladu a po łubinie leżały na dnie tylko duże ilości łupin.
Pomyślałem że widocznie przekarmiliśmy ryby i dlatego nie chcą brać na wędki. Już w tym samym dniu w którym obejrzałem pod wodą nasze łowiska, zmniejszyliśmy ilość zanęty o połowę. Była to pierwsza korzyść z nurkowania - mojego nowego hobby.
O łowiectwie podwodnym wtedy jeszcze nie myślałem. Wiedziałem od chłopaków z "Barrakudy" co to takiego i że niektórzy z nich polowali, a właściwie - kłusowali.
Niestety, ja podczas moich pierwszych zanurzeń nie zauważyłem (choć bardzo się starałem) pod wodą żadnych "porządnych" ryb. Wszędzie były widoczne tylko ławice niewielkich rybek. Zresztą, nie miałem nawet kuszy.

Po dwóch tygodniach "Barrakuda" zwinęła obóz a ja wreszcie doczekałem się swojego sprzętu. I znowu dylemat: miałem sprzęt nurkowy i przygotowanie teoretyczne a nie było już obok, po sąsiedzku, instruktorów z którymi mógłbym zacząć zajęcia praktyczne.
Na szczęście miałem kolegę (Jurka z Ostrowic) płetwonurka ze średnim stopniem i zagorzałego wędkarza.

Jurek każdą wolną chwilę spędzał na wędkowaniu na Siecinie - mieszka parę kilometrów od jeziora. Prawie codziennie przyjeżdżał na nasz biwak i we dwoje przez parę godzin pływaliśmy łodzią z wędkami spinigowymi, polując na szczupaki i okonie. Zna to jezioro jak mało kto i do lokalizacji łowisk nie potrzebuje echosondy - przez pewien czas, po ukończeniu Akademii Rolniczej w Szczecinie, pracował w Zakładzie Rybackim w Złocieńcu. Zna każdą górkę podwodną, każdy dołek, łąkę i stok. Miał też sprzęt nurkowy.

Gdy ja w końcu przywiozłem swój, pomógł mi się z nim zapoznać i kilka razy zanurkował ze mną na niewielką głębokość (do 10 - 15m). Już po tych pierwszych zanurzeniach poniżej termokliny przekonałem się że w polskich jeziorach takie nurkowanie jest nieatrakcyjne - jest ciemno, zimno i nie widać żadnych roślin ani ryb.
Niestety, po kilku wspólnych zanurzeniach u Jurka nastąpiła awaria - pękł wąż wysokiego ciśnienia. W związku z tym że nie był zainteresowany naprawą swojego aparatu (była to stara, pamiętająca jeszcze czasy ZSSR, "Ukraina"), z żalem odłożyłem swoje wyposażenie nurkowe na trzy miesiące - do czasu zaplanowanego wspólnego wyjazdu do Hiszpanii w połowie października.

Wiosną, z Jurkiem i jeszcze jednym kolegą, Józkiem ze Słupska oraz naszymi małżonkami postanowiliśmy przedłużyć sobie lato poprzez jesienny wyjazd do Andaluzji w Hiszpanii. Zarezerwowaliśmy na okres od 10 do 21 października 6-cio osobowy apartament w Garruchy - małej miejscowości wypoczynkowej leżącej między Murcią a Almerią.
Zdecydowaliśmy się na wyjazd dwoma samochodami chociaż odległość do przejechania w jedną stronę wynosi ponad 3000km. Autokar i kolej nie wchodziły w rachubę - zbyt długa i uciążliwa podróż. Samolotem można było dolecieć tylko z Berlina do Malagi - Józek do Berlina ma ponad 400km a z Malagi do Garruchy też jest ponad 300km i trzeba jakoś te trasy pokonać.
Mając taki ograniczony wybór nie musieliśmy długo się namyślać nad środkiem transportu.
Lato, wyjątkowo ciepłe tego roku, przeleciało nam bardzo szybko. Nastąpił dzień 8-go października i wyruszyliśmy w drogę. Dodać tutaj muszę że był to mój pierwszy w życiu zagraniczny wyjazd turystyczny (do tej pory wolny czas i urlopy latem spędzałem przeważnie nad polskimi jeziorami a zimą w polskich Tatrach).
Po dwóch dniach jazdy i dwóch noclegach byliśmy na miejscu. Gdyby nie opłaty za francuskie i hiszpańskie autostrady oraz wysokie ceny paliwa, to podróż byłaby całkiem przyjemna.
Dostaliśmy wygodny, piętrowy domek (3 sypialnie z łazienkami + salon + w pełni wyposażona kuchnia) stojący 150m od plaży. Po wypakowaniu samochodów i rozmieszczeniu się w apartamencie od razu poszliśmy nad morze - ja z Jurkiem ze sprzętem ABC.
Na brzegu morza konsternacja - taki kawał drogi przejechaliśmy by natrafić na brudną (takie wrażenie na pierwszy rzut oka) i pustą plażę. Piasek był brudno szary i gruboziarnisty - daleko mu do naszego jasno-żółtego, bałtyckiego. Jednak, gdy bliżej przyjrzeliśmy się to okazało się że to nie brud. Po prostu bałtycki piasek jest z kwarcu a w Andaluzji z bazaltu pochodzenia wulkanicznego.

Oprócz małej grupki Rosjan i kilku Polaków na plaży nikt się nie opalał. Plażowe prysznice ze słodką wodą były już nieczynne a kioski z lodami i napojami były pozamykane. Okazało się że w Andaluzji turystyczny sezon kończy się 30-go września, co odczuwaliśmy na każdym niemal kroku. Dla nas było to nie do pojęcia gdyż temperatura powietrza w ciągu dnia dochodziła do 30 stopni a woda w morzu miała 28 stopni, co stwarzało idealne warunki do wypoczynku. W Polsce takie warunki bywają tylko przez kilka dni w ciągu całego lata.
W brzeg biły ponad metrowe fale lecz pomimo tego postanowiliśmy wejść do wody. Prądy przyniosły z afrykańskiego wybrzeża bardzo ciepłą wodę. Później, z każdym dniem była chłodniejsza i w dniu naszego odjazdu temperatura spadła do 23 stopni.
Zaraz przy samym brzegu woda wraz z piaskiem i pęcherzykami powietrza stworzyła mętną mieszaninę. Lecz już kilkadziesiąt metrów dalej w głąb morza z powierzchni było widać muszle i kamienie leżące na głębokości 5-6 metrów. Gdy z Jurkiem odpłynęliśmy kilkaset metrów dalej, widoczność pod wodą przekraczała 20 metrów. Nurkując na bezdechu na głębokości ok. 10m widzieliśmy niewielkie rybki, różne małże, jeżowce i od czasu do czasu duże ośmiornice. Im dalej od brzegu i głębiej, tym ośmiornice były większe.
Są to zadziwiające stworzenia - przemieszczały się po dnie pełzając i polując na zagrzebane w piasku mięczaki oraz ukryte w pustych muszlach kraby. Schwytaną zdobycz nie zjadały od razu tylko przytrzymywały przyssawkami jednego ramienia uniesionego nad odwłokiem i kontynuowały swoje łowy. Zaraz mi się to skojarzyło z naszymi jeżami transportującymi swoje zapasy do nory. Później łatwo znajdowałem ukrycia ośmiornic właśnie dzięki temu że wokoło ich nory walały się na dnie duże ilości pustych muszli. Jeżeli muszle miały żywe kolory (nie wyblakły od światła i morskiej wody) to znaczyło że mięczaki zostały zjedzone niedawno i w pobliżu musi być kryjówka tego sympatycznego myśliwego. Przeważnie były to wygrzebane w piasku pod kamieniami jamy lub szczeliny w skałach. Mogły to też być jakieś rury kanalizacyjne, opony, wiadra itp. przedmioty nadające się do zaadaptowania na kryjówkę. Wejścia do swoich kryjówek ośmiornice maskowały różnymi przedmiotami do tego przydatnymi - kawałkami drewna, kamieniami lub wodorostami, czasami jakimiś śmieciami wyrzuconymi przez ludzi.

Siedzieliśmy w wodzie parę godzin i gdyby nie to że zgłodnieliśmy, to wcale nie chciało się nam wychodzić na brzeg. Dopiero wtedy, w tej ciepłej i przezroczystej wodzie zdecydowałem że z podwodnym światem muszę się bliżej zapoznać. Czyli że muszę zacząć szkolić się na prawdziwego płetwonurka pod okiem doświadczonych instruktorów.
Podczas kolacji w naszym domku uzgodniliśmy z Jurkiem że na drugi dzień weźmiemy na plażę kusze i spróbujemy zapolować na ośmiornice. Jurek twierdził że umie je przygotować do jedzenia i że można z nich zrobić smaczne potrawy. Jak zaplanowaliśmy tak i zrobiliśmy. Jurek miał pneumatyczną kuszę wyprodukowaną w ZSSR, długą na 70cm i z rękojeścią umieszczoną z tyłu. Ja miałem krótką, 30cm kuszę z firmy Technisub. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jakie głupstwo zrobiłem wybierając się nad morze z takim sprzętem. Nie miałem pojęcia o łowiectwie podwodnym i wykorzystał to sprzedawca ze sklepu w Szczecinie wciskając mi kuszę której nikt nie chciał u niego wcześniej zakupić. Dopiero po pierwszych nieskutecznych strzałach oddanych do ryb z odległości 2 - 3 metrów zrozumiałem swój błąd. Ze swoją kuszą mogłem zapolować tylko na ośmiornice - można było do nich podpływać bardzo blisko i dotykać ich rękoma.

Na drugi dzień, zaraz po wejściu do wody, w ciągu niecałej pół godziny upolowaliśmy po jednej sztuce - obie jednakowego rozmiaru. Nie mieliśmy siatek na ryby i w związku z tym byliśmy zmuszeni do ograniczenia naszej łowieckiej pasji właśnie do jednego trofeum. Gdy wyszliśmy na brzeg ciągnąc za sobą na linkach harpuny z nadzianymi ośmiornicami to wywołaliśmy małą sensację wśród nielicznych plażowiczów. Jedna Rosjanka nawet oświadczyła że jak tu pływają takie monstra to ona więcej do morza nie wejdzie i będzie kąpać się tylko w basenach.
Ośmiornice były naprawdę duże, w sklepach widzieliśmy dużo, dużo mniejsze. Po zmierzeniu okazało się że jedno ramię ma ponad 80cm długości. Po drodze do apartamentu przechodziliśmy koło restauracji i akurat wtedy jej właściciel krzątał się między stolikami stojącymi tuż przy chodniku. Gdy zobaczył nas z naszymi ośmiornicami to najpierw nas pochwalił a później zapytał, co chcemy z nimi zrobić i czy wiemy, jak je przygotować? Jeśli nie, to żebyśmy mu je oddali a on nam za trzy dni zrobi jakiś specjał albowiem ośmiornice najpierw trzeba zamrozić, by skruszały. Po chwili zastanowienia przystaliśmy na jego propozycję. Na następny dzień donieśliśmy mu jeszcze dwa takie same okazy i postanowiliśmy więcej ośmiornic nie łowić. Zrobiło się nam szkoda tych inteligentnych zwierząt i poza tym nie było by co z nimi robić. Oprócz tego, chcieliśmy zapolować na miejscowe ryby oraz ponurkować z butlami na większe głębokości a czasu było niewiele. Tym bardziej że jeszcze trzeba było pozwiedzać okolice. W planach mieliśmy wyjazd do Granady (280km w jedną stronę) i Almerii.

Żeby zanurkować z butlami to trzeba było skorzystać z usług jakiejś bazy nurkowej. W samej Garruchy i w jej najbliższej okolicy nic takiego nie było ale od sprzedawcy w sklepie sportowym otrzymaliśmy informację że w porcie w mieście Aquilas, 40km na północ od Garruchy, jest jakiś klub nurkowy. Oczywiście, zaraz tam wyruszyliśmy.
Pokonanie tych 40 kilometrów zajęło nam ponad godzinę - droga wijąca się wzdłuż klifowego brzegu była tak malownicza że kilkakrotnie zatrzymywaliśmy się aby podziwiać widoki i zrobić pamiątkowe zdjęcia. Przy okazji znaleźliśmy w połowie drogi dziką, kamienistą plażę w zatoce otoczonej wysokimi klifami. Z wody wystawały większe i mniejsze skały tworzące mały archipelag ciągnący się na kilkaset metrów w głąb morza. Postanowiliśmy z Jurkiem odwiedzić to miejsce z kuszami i zapolować na ryby wśród tych skał.

Aquillas to niewielkie (ok. 30 tys. mieszkańców), schludne miasteczko z mnóstwem sklepów w centrum i wieloma knajpkami. Do portu jachtowego trafiliśmy jadąc według drogowskazów. Klub nurkowy pod nazwą "Estela - Club de Buceo" też znaleźliśmy bez problemów. Baza klubu mieści się w samej marinie w parterowym budynku, tuż przy własnej kei. Biuro klubu znajduje się naprzeciwko wjazdu do mariny, po drugiej stronie ulicy na parterze mieszkalnego budynku. Tam, łamanym angielskim dogadaliśmy się z Juanem, właścicielem klubu, na następny dzień na godz. 9-tą rano na nurkowanie. Godzinę wyznaczył nam Hiszpan. Powiedział przy tym że lepiej wcześniej wypłynąć na morze, bo wtedy fala jest jeszcze niewielka i widoczność pod wodą lepsza.

Następnego dnia byliśmy z Jurkiem punktualnie w marinie. Niestety, musieliśmy jeszcze poczekać prawie pół godziny na Juana. U Hiszpanów takie traktowanie czasu jest całkiem normalne - nigdy się nie spieszą i zawsze się spóźniają. Bywa, że potrafią wcale nie pojawić się na umówione spotkanie. Zupełnie jak Arabowie albo afrykańscy Murzyni.
Baza nurkowa "Estela" była przyzwoicie wyposażona. W magazynku było 25 kompletów (wszystko z firmy Scubapro i jak nowe) pełnego wyposażenia płetwonurka w różnych rozmiarach. Przy kei stały przycumowane dwa morskie, ośmioosobowe pontony. Juan na specjalne życzenie, za dodatkową opłatą oferował uwiecznienie podwodnych turystów na kasecie video. Ja miałem całe wyposażenie swoje a Jurek musiał wypożyczyć u Juana jacket, automat i butlę.

Przed wypłynięciem w morze, Hiszpan narysował nam plan nurkowania przy skalistej wysepce Isla del Fraile. Po wypłynięciu z portu skierował ponton na północny wschód i po pół godzinie płynięcia w ślizgu byliśmy na miejscu. Juan przywiązał ponton do boi zakotwiczonej ok. 15m od ciemnej skały w kształcie nieforemnej piramidy, wyrastającej z morza na wysokość ok. 50m. Od strony otwartego morza skała była płaska i idealnie pionowa. Osiem metrów pod powierzchnią wody była niewielka, płaska półka o powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych. Za krawędzią półki skała dalej ciągnęła się w dół prawie pionowo aż do głębokości 28,5m. I dopiero tam było piaszczyste dno morza schodzące łagodnym stokiem w głębię. Skała była popękana, z mnóstwem szczelin i dziur. Przy samej skale leżały na dnie ogromne, nieforemne bloki, wcześniej od niej oderwane (myślę że na skutek trzęsień ziemi lub pod wpływem wody i mrozu) tworzące rumowisko z idealnymi kryjówkami dla ryb.

Zaraz po wskoczeniu do wody zaparło mi dech w piersiach. W błękitnej wodzie przezroczystej na 30 metrów zostałem otoczony ławicą srebrnych ryb o różnej wielkości - niektóre wyglądały na dwa kilogramy wagi. Ryb było tak dużo, że spoza nich nie widziałem ani kolegi ani Juana. Dopiero gdy zanurzyłem się głębiej to mogłem się rozejrzeć wokoło.
Niestety, na głębokości poniżej 20 metrów zniknęły wszystkie kolory widoczne na płytszej wodzie. Cały otaczający mnie świat zmienił barwę na niebieską i granatową.

Na dnie było kilka wielkich ukwiałów kołyszących swoimi czułkami jak jakieś egzotyczne kwiaty swoimi liśćmi na wietrze. Co kilka metrów leżały na dnie rozgwiazdy i ogórki morskie. Na kamieniach stały babki - niewielkie, przez swoje ubarwienie prawie niewidoczne, śmieszne rybki z wyłupiastymi oczyma, podpierające się swoimi płetwami piersiowymi jak foki. Na płaskich kamieniach i na piasku leżały zamaskowane sole które można było zauważyć dopiero wtedy gdy spłoszone w pośpiechu uciekały do innej kryjówki. Między kamieniami pływały niewielkie strzępiele i inne ryby, których nazw nie znam. Ze szczelin skalnych, jak ptaki z dziupli, wyglądały mureny z otwartymi pyskami - pewnie w celu odstraszenia intruzów. Z pionowej skały wyrastały biało kremowe, podobne do ażurowych wachlarzy, gorgonie.
Ryby na nasz widok nie wpadały w panikę. Niektóre nas całkowicie ignorowały a inne wręcz podpływały na wyciągnięcie ręki. Jednak gdy chciałem którąś dotknąć dłonią, to bez pośpiechu odpływały na bezpieczny dystans. Juan pokazał nam też kilka przyczajonych skorpen, widocznych dopiero po oświetleniu latarką - w sztucznym świetle skorpeny miały żywe kolory z przewagą pomarańczowego. I wtedy zobaczyliśmy że wszystkie inne ryby oraz gąbki, mszywioły, ukwiały, małże i rozgwiazdy też inaczej wyglądają w świetle latarek. Nawet skały nie były sino szare lecz mieniły się różnymi kolorami, gdy padało na nie sztuczne światło.

Poczułem się wtedy jak w zaczarowanym świecie. Zawsze lubiłem oglądać w telewizji przyrodnicze programy o podwodnym życiu, lecz to co wówczas przeżywałem, nie potrafię opisać słowami. Zresztą myślę że tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć na żywo.
Tam moje postanowienie sprzed kilku dni o zajęciu się nurkowaniem, mocno utwierdziło się.

Do końca naszego pobytu w Hiszpanii jeszcze pięć razy jeździliśmy na nurkowania do Aquilas. Jeden raz Maria, żona Juana, zabrała nas na głębokość 30 metrów na wrak starego, drewnianego kutra rybackiego. Innym razem nurkowaliśmy w niewielkiej jaskini na głębokości 20 metrów i oglądaliśmy leżący koło niej wrak samolotu zestrzelonego w czasie wojny domowej.
Na ostatnie nurkowanie wynajęliśmy Juana z jego kamerą podwodną. Nakręcił 25-cio minutowy film z nami w roli głównej.

To ostatnie nurkowanie było najciekawsze i to nie z powodu filmu. Wybraliśmy się na to samo miejsce gdzie nurkowaliśmy pierwszy raz.
Okazało się że Isla del Fraile i jej okolica to rezerwat i nie wolno tam łowić ryb. Ani wędkarzom ani zawodowym rybakom. Na to nurkowanie dołączył do nas 18-sto letni chłopak z Torunia. Oprócz kamery Juan zabrał pod wodę woreczek z mrożonymi rybami i później oddał go temu chłopakowi. Przedtem poprosił go by na umówiony znak zaczął karmić ryby. Gdy zanurzyliśmy się do dna, płetwonurek z przynętą został otoczony przez ławicę ryb. Widocznie poczuły zapach przynęty i zleciały się na darmową wyżerkę. Teraz już było jasne dlaczego w tym miejscu ryby nie bały się ludzi - przez kilka lat instruktorzy z bazy nurkowej po prostu je wytresowali.

Gdy Toruniak zaczął wyciągać z worka pojedyncze rybki, co odważniejsze ryby błyskawicznie podpływały i wyrywały mu je z ręki. Nawet dwie niewielkie mureny wypłynęły ze swoich nor i zbliżyły się do niego. A jedna wielka murena, zajmująca szczelinę u samego dołu skały, nieufnie wychyliła się do połowy swojej długości i widocznie podniecenie u karmionych ryb jej też się udzieliło, bo zaczęła atakować te co większe przepływające obok jej kryjówki. Po chwili znad mureny wychylił się z ciemnej dziury duży konger i też czekał na poczęstunek.
Gdy przynęta skończyła się i odpłynęliśmy kawałek od skały, z błękitnej otchłani wypłynął na nas przedziwny stwór. Po chwili zorientowałem się że była to ryba, tylko bardzo dziwna. Korpus miała w formie elipsy, prawie okrągły, długi na jakieś 1,8 i wysoki (bez płetw) na jakieś 1,5 metra. Ze środka górnej i dolnej części ciała wyrastały wielkie pojedyncze wiosła, bardziej podobne do płetw wielorybów niż normalnych ryb. Gdzie był łeb, poznać mogłem tylko po oczach. Kawałek za oczyma wyrastały dwie płetwy (po jednej z każdej strony) podobne do poziomych stateczników na ogonie samolotu. Ogona nie było, tylko z tyłu mogłem rozróżnić płetwę ogonową w formie wąskiej falbanki.
Ryba ta majestatycznie przepływała koło naszej grupki, nic sobie nie robiąc z obecności takich dziwolągów hałaśliwie wypuszczających co chwilę potężne kłęby bąbli powietrznych. Jednak gdy spróbowałem do niej przybliżyć się by ją pogłaskać to oddaliła się bez pośpiechu na bezpieczną odległość i po minucie zniknęła w głębi morza. Na powierzchni dowiedziałem się że był to samogłów, bardzo rzadka ryba w tych stronach.
Samogłowy żywią się meduzami i planktonem, dorastają do 1,5 tony wagi.

Dzień przed opuszczeniem Garruchy wybraliśmy się z Jurkiem na tę dziką plażę, o której wcześniej wspomniałem. Pomimo ciepłej wody ubraliśmy pianki dla ochrony skóry przed skaleczeniami o ostre skały i przed kolcami jeżowców - i rzeczywiście skafander kilkakrotnie ocalił moją skórę przed obtarciami, gdy fale ciskały mną o skały. Wśród skalnego rumowiska rozrzuconego w morzu do głębokości 10 metrów było mrowie przeróżnych ryb. Niektóre kilkukilogramowe. Mimo moich starań, nic nie upolowałem. Strzała z mojej kuszy nie doszła ani razu do celu, podczas gdy Jurek po pól godzinie mógł już pochwalić się dwukilogramową zdobyczą.
Niepowodzenie moje i sukces Jurka nie zniechęciły mnie do łowiectwa podwodnego tylko na odwrót - postanowiłem kupić sobie odpowiednią kuszę i udowodnić wszystkim że też potrafię.

W drodze powrotnej do Polski postanowiliśmy zajechać na zakupy do Andory. Tam też znalazłem sklep dla płetwonurków i podwodnych łowców. Miałem szczęście, bo nieświadomie, nie mając zielonego pojęcia o łowiectwie podwodnym, wybrałem kuszę pneumatyczną najlepszą i najbardziej uniwersalną z dostępnych w tamtym czasie w sklepach, nadającą się do polowania w wodach śródlądowych - pewnie dlatego, że była najdroższa.
Jak to był udany wybór, później, w następnych latach przekonałem się wiele razy. Kusza była wyprodukowana przez firmę Mares a model nazywał się Cyrano 700. Z rozpędu kupiłem jeszcze metrową gumówkę, kilka zapasowych grotów i dwie nizałki.

I tak to się zaczęło.

Pierwsze upolowane ryby

Pod koniec października 1995r, zaraz po powrocie z Hiszpanii, postanowiłem wypróbować swój nowy nabytek zakupiony w Andorze - kuszę Mares Cyrano 700. Wybrałem się nad jezioro Zarańsko a jako że nie miałem pozwolenia ani Karty Łowiectwa Podwodnego, do wody wszedłem dopiero po ciemku. Oczywiście, jak większość początkujących, z butlą i automatem.
Woda była zimna, poniżej 10 stopni, i widoczność nie przekraczała 4 metrów. Całkowicie odmienne warunki niż w morzu Śródziemnym znad którego dopiero co wróciłem. Momentalnie zrobiło mi się nieprzyjemnie - zimno, mokro, ciemno i odczuwałem strach przed niewiadomym. Przecież nie miałem żadnego doświadczenia tylko słyszałem o płetwonurkach zaplątanych w sieci i o zawodności automatów oddechowych. Do tego jeszcze popełniałem wykroczenie.

Po kilku minutach uspokoiłem oddech i wzrok przyzwyczaił się do mroku, przestałem też odczuwać chłód. Na głębokości 4 metrów inflatorem od jacketu wyważyłem się na neutralną pływalność i rozpocząłem poszukiwania ryb wzdłuż lekko pochylonego, podwodnego stoku. Całe dno było gęsto pokryte racicznicami - te drobne mięczaki wykonują gigantyczną pracę bez przerwy filtrując wodę dzięki czemu jezioro to jest najbardziej przezroczyste w okolicy.

Na skraju wąskiego pasa podwodnej roślinności widziałem trochę małych szczupaczków i okoni oraz płocie i leszczyki uciekające od światła latarki. Po półgodzinie zawróciłem i popłynąłem trochę wyżej, wzdłuż granicy trzcin. Jednak utrzymanie się na stałej głębokości 2 - 2,5 metra było bardzo trudne - z każdym wdechem wynosiło mnie do góry i z każdym wydechem opadałem w dół. Szybko się zniechęciłem i postanowiłem zakończyć nurkowanie. Tuż przed samym wyjściem z wody udało mi się trafić dwa szczupaki - po ok. 700 gram każdy. Stały na dnie przy samych trzcinach. Niezbyt zadowolony, a wręcz rozczarowany, wróciłem do domu z postanowieniem o odłożeniu kuszy do czasu aż będę lepiej przygotowany do uprawiania łowiectwa podwodnego.
Nie wiedziałem wtedy że zajmie mi to prawie trzy lata.

Sprzęt nurkowy przeleżał w piwnicy do wiosny następnego roku kiedy to wraz z synem, córką, bratem i bratanicą rozpoczęliśmy kurs nurkowy w Szczecinie. Dodać tutaj muszę że rodzinka zainteresowała się nurkowaniem po obejrzeniu podwodnego filmu na którym zostałem uwieczniony podczas niezapomnianego nurkowania w Hiszpanii. Stwierdzili że jak ja mogę nurkować, to oni też.

Jeszcze kursu nie ukończyliśmy a już wybraliśmy się na nurkowy wyjazd do Hiszpanii - tydzień w Garruchy w okresie świąt majowych. W tym samym, 1996 roku jeszcze dwa razy wyjeżdżaliśmy nad morze Śródziemne.
W sierpniu na dwutygodniowy obóz nurkowy w Calvi na Korsyce - tam u Francuzów otrzymaliśmy licencje płetwonurka, stopień podstawowy w CMAS. We wrześniu znowu na dwa tygodnie do Garruchy.

Podczas pobytów za granicami nurkowaliśmy codziennie po dwa razy. Nurkowaliśmy na wrakach, w jaskiniach i grotach, w dzień i w nocy. Schodziliśmy poniżej 40 metrów z butlami i do 20 metrów na bezdechu.

Jesienią tamtego roku, na koniec pełnego wrażeń sezonu, doszedłem do wniosku że już najwyższa pora zapisać się do jakiegoś klubu nurkowego i postarać się o średni stopień a zaraz potem o Kartę Łowiectwa Podwodnego.
Wybór miałem ograniczony. Wtedy najbliższe kluby nurkowe były tylko w Szczecinie, Stargardzie Szczecińskim, w Koszalinie i w Szczecinku. Zdecydowałem zapisać się do koszalińskiego "Maresa". I znowu okazało się że nieświadomie trafiłem tam gdzie trzeba, między swoich - klub ten od lat organizuje Międzynarodowe Mistrzostwa Polski w Łowiectwie Podwodnym.

Zaraz po Nowym Roku (1997) instruktorzy klubowi zaczęli przygotowania do kwietniowego wyjazdu do Hurgardy. Organizowali obóz szkoleniowo-stażowy dla chętnych na zrobienie średniego i wyższego stopnia. Wraz z moim bratem zapisaliśmy się na ten wyjazd. Zebrało się nas szesnaście osób - trzech instruktorów, czterech kandydatów na wyższy stopień, pięciu kandydatów na stopień średni oraz czworo turystów.
Podczas dwutygodniowego pobytu nad Czerwonym Morzem mieliśmy dwanaście dni nurkowych, po dwa nurkowania dziennie. Nie będę opisywał tej wspaniałej przygody bo wyszłaby z tego oddzielna książka. Wspomnę tylko że po pierwszym nurkowaniu na rafie koralowej moje poprzednie śródziemnomorskie nurkowania wydały mi się o wiele mniej atrakcyjnymi.

Po powrocie do kraju klub zaczął przygotowania do następnej imprezy - Międzynarodowych Mistrzostw Polski w Łowiectwie Podwodnym w połowie czerwca 1997r. Zgłosiłem się na sędziego pomocniczego.
W ciągu tej trwającej trzy dni imprezy poznałem wielu łowców podwodnych, przysłuchiwałem się ich rozmowom i opowieściom. Zdobyłem też upragnioną Kartę Łowiectwa Podwodnego.

Niestety, w 1997 roku nie miałem już okazji na praktyczne zajęcie się łowiectwem podwodnym. Wolny czas poświęcałem na nurkowania stażowe w celu przygotowania się do kursu na stopień wyższy. W lipcu nanurkowałem się podczas dwutygodniowego klubowego obozu nad jez. Kaleńskim i na skutek własnej lekkomyślności wylądowałem na 10 dni w wojewódzkim szpitalu z ostrym zapaleniem ucha zewnętrznego.

W końcu sierpnia wyjechałem służbowo na Ukrainę. Wyjazd służbowy przedłużyłem sobie o tydzień który spędziłem nurkując w Jałcie i okolicy. Krymskie nurkowania zakończyły się ostrym zapaleniem obu uszu zewnętrznych. Po powrocie z Krymu sprzęt nurkowy znowu powędrował do piwnicy by przeleżeć tam do wiosny.

Ponieważ w 1998 roku wiosna jakoś się spóźniała (albo nam się tak tylko zdawało), wraz z jeszcze czterema kolegami z klubu postanowiliśmy pod koniec marca sezon nurkowy rozpocząć od 5-cio dniowego wypadu do Vodic w Chorwacji.
Z Koszalina wyjechaliśmy w południe. Jadąc przez Polskę wszędzie widzieliśmy ponure krajobrazy - szaro, mokro i w wielu miejscach zalegał jeszcze śnieg. Lecz już w Austrii odczuliśmy inny klimat, nawet w nocy było cieplej niż w Polsce. Po pokonaniu 1500 km w ciągu 18 godzin, o szóstej rano dotarliśmy na miejsce. Akurat rozwidniło się i zobaczyliśmy w mieście trawniki z bujną trawą upiększoną różnymi kolorowo kwitnącymi kwiatami oraz kwitnące drzewa owocowe w przydomowych ogródkach. Tak jakby z końca zimy jakaś dobra wróżka przeniosła nas w sam środek maja.
Byliśmy trochę zmęczeni lecz mimo wszystko postanowiliśmy zanurkować w Adriatyku jeszcze tego samego dnia. Wcześniej przez Internet zamówiliśmy pełną obsługę w klubie "Neptun" z Szibenika.
Przez cztery dni ponurkowaliśmy w grotach i na wrakach, po dwa nurki dziennie. Woda miała 12 do 13 stopni i była przezroczysta na jakieś 15, miejscami na 20 metrów. Byliśmy pierwszymi w tamtym roku klientami Darko - właściciela klubu Neptun. Daliśmy mu zarobić i był z tego bardzo zadowolony. Na koniec pobytu otrzymaliśmy od niego bezpłatne zaproszenie na udział w majowej trzydniowej imprezie dla płetwonurków z całej Europy - "Sprzątanie Portu w Vodicach".
Do domów wróciliśmy mocno zmęczeni ale bardzo zadowoleni z tak udanego wyjazdu. Oczywiście z postanowieniem o powrocie do Vodic na tę słynną imprezę. Tym bardziej że zakwaterowanie i wyżywienie mieliśmy obiecane bezpłatne. W ojczyźnie przywitała nas znowu ponura, marcowa pogoda a ja jeszcze w Austrii poczułem pierwsze objawy zapalenia ucha. Czyli znowu musiałem na jakiś czas odłożyć nurkowania.
Nie bardzo było mi wtedy szkoda bo w Polsce większość jezior była jeszcze pokryta lodem.

Pod koniec kwietnia 1998r przez kilka dni jeździłem po Pojezierzu Drawskim w poszukiwaniu jeziora z czystą wodą. Zbliżał się długi majowy weekend i chciałem już jak najszybciej zacząć polowania na ryby. Potrzebowałem tylko wybrać zbiorniki na których chcę polować i wykupić na nie zezwolenia na sportowy połów ryb kuszą. Omijałem jeziora PZW (bo wiedziałem że zezwoleń płetwonurkom nie sprzedają) i sprawdzałem przezroczystość wody w jeziorach na których gospodarzą Zakłady Rybackie ze Złocieńca, Czaplinka i Ińska. Przez trzy dni przejechałem kilkaset kilometrów i niestety wtedy wszystkie moje ulubione łowiska (z czasów gdy wędkowałem) miały jeszcze mętną wodę. Jedynie jez. Zarańskie było już czyste lecz nie chciałem nad nim zaczynać sezonu ponieważ w wolne dni jest tam zawsze wielu wędkarzy.
Gdy wracałem do domu prawie pogodzony z faktem że podwodne łowy trzeba odłożyć na późniejszy termin, postanowiłem sprawdzić jeszcze jedno niewielkie jezioro na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Było to Wanowo, ok. 30ha jeziorko leżące w dole i dobrze widoczne po lewej stronie drogi z Drawska Pom. do Połczyna Zdroju, między wioskami Dołgie a Borne. Zdecydowałem się zjechać nad nie na widok dwóch wędkarzy stojących na kładce. Dojazd samochodem jest możliwy tylko od północnej strony jeziora jedyną polną drogą która kończy się po 500m małą polanką nad skarpą schodzącą stromo do wąskiej plaży wśród nadbrzeżnych olch i trzcin. Dalej można jechać już tylko traktorem lub dobrą terenówką. Samochód zostawiłem u góry i sam zeszedłem w dół do wędkujących mężczyzn.
Wędkarze ci (właściwie kłusownicy) z początku wpadli w panikę ale gdy zobaczyli że jestem sam i nie wyglądam na strażnika, uspokoili się i odpowiedzieli na pozdrowienie. Najpierw sprawdziłem jakość i temperaturę wody. Od razu humor mi się poprawił bo woda wydawała się kryształowo czysta i była dość ciepła - 8 stopni. Postanowiłem zasięgnąć języka u miejscowych na temat tego niewielkiego zbiornika.
Gdy do nich się zbliżyłem zauważyłem że łowią na żywca. A był dopiero 26-ty kwietnia czyli zakaz połowu szczupaka.
Byli dość rozmowni:
-Biorą? - zapytałem.
-Ee, słabo, siedzimy już ze trzy godziny i ani brania - odpowiedział jeden z nich.
-Bo może tu nie ma ryb? - spytałem.
-Panie, ryby to tu są. Przecież to łowisko specjalne. Wolno wędkować na specjalne zezwolenie i tylko z brzegu - odpowiedział drugi.
-Panie, przedwczoraj to mój szwagier złowił sześć sztuk na żywca, takich od kila do dwóch, a jego kumpel na blachę chapnął siedmiokilowca - rozgadał się ten pierwszy.
-Panowie, a oprócz szczupaków to co tu jeszcze można złowić? - kontynuowałem wywiad.
-Wszystko, to znaczy jest węgorz, ale tylko w nocy można złowić, jest lin i Panie, kiedyś nawet tołpygi napuścili. Teraz to już mają po 30 kilo.

Nic więcej nie potrzebowałem już wiedzieć. Na drugi dzień wziąłem swoją Książkę Płetwonurka oraz Kartę Łowiectwa Podwodnego i pojechałem do Zakładu Rybackiego w Złocieńcu na rozmowę z jego prezesem. Wcale nie musiałem go długo prosić. Za 450 zł sprzedał mi zezwolenia na cały sezon na trzy jeziora - Siecino, Zarańsko i Wanowo. Przy czym zastrzegł że na Wanowo sprzedaje mi zezwolenie pod warunkiem że mu opowiem co tam pod wodą widać. Do tego kupiłem jeszcze trzydniowe pozwolenia na okres świąt majowych dla mojego syna oraz dwóch kolegów z klubu.

Wreszcie zaczął się niecierpliwie oczekiwany długi weekend majowy. Pogoda jak na zamówienie - ciepło i słonecznie. Pąki na gałęziach drzew i krzewów rozwijały się w liście, można powiedzieć że w oczach. Łąki były już pokryte bujną trawą a w powietrzu słychać było śpiew i nawoływania ptaków. Krótko mówiąc, właśnie wtedy zaczęła się prawdziwa wiosna chociaż wg kalendarza był to już jej środek.

Woda w jeziorze Wanowo 1-go maja w ciągu dnia osiągnęła temperaturę 10 stopni podczas gdy w pobliskim (ok. 10km dalej) Siecinie woda była jeszcze całkowicie mętna i o wiele chłodniejsza. Różnica między tymi jeziorami wynika z tego że Siecino jest głębokie (maks. gł. 45m) i ma mało płycizn a Wanowo jest płytkie, maks. gł. 12m. Do tego w Wanowie połowa zbiornika nie przekracza 4m głębokości - dlatego szybciej się nagrzewa.

1-go maja, zaraz po śniadaniu, wyjechaliśmy (z żoną i synem) nad jezioro (z domu miałem 30km) i po 20 minutach byliśmy na miejscu. Było jeszcze dość wcześnie i na szczęście ta niedawno poznana plaża była jeszcze pusta. Po niedługim czasie dojechali koledzy z Koszalina wraz z małżonkami.
Kobiety porozkładały leżaki, koce, stół turystyczny i zajęły się grilem. Męska część towarzystwa w tym czasie przebrała się w pianki i wskoczyła do wody.

Widoczność pod wodą w miejscach wolnych od roślin dochodziła do 5 metrów. Na podwodnych łąkach i wśród trzcin, gdzie woda szybciej się nagrzewała, była trochę gorsza z powodu aktywności rybek - od 3 do 4 metrów. A małych rybek było tam mrowie. Trochę dalej od trzcin, na głębokości od 2 do 4 metrów wśród łanów rogatka i rdestnic poobrastanych glonami było widać stadka większych ryb, takich nadających się już na patelnię ale jeszcze nie do strzelania z kuszy. Przeważały płotki, okonki, leszczyki i krasnopiórki.
Co dwa, trzy metry spotykałem między trzcinami małe szczupaczki, takie do 25cm długości które nic sobie nie robiły z mojej obecności w ich rejonach łowieckich i w najlepsze polowały na drobnicę.

Wtedy miałem okazję dobrze przyjrzeć się technice polowania tych drapieżników. Otóż stały one nieruchomo, jak przyklejone, przy łodygach lub pod liśćmi roślin i czekały na swoje ofiary. A czekać długo nie musiały. Gdy w ich zasięgu pojawiała się potencjalna ofiara następował błyskawiczny atak, tak szybki że samego momentu uderzenia w rybę nie można było zauważyć. Szczupaczki najczęściej atakowały te ryby które nieopatrznie znalazły się w odległości kilkudziesięciu centymetrów z boku i lekko ponad ich zębatą paszczą. Ofiarę łapały swoimi szczękami w połowie korpusu.
Po każdym takim ataku w wodzie pojawiały się refleksy odbitych promieni słonecznych od opadających łusek zerwanych ostrymi zębami z ofiary. Jednak większość zaatakowanych ryb uchodziła drapieżnikom, co prawda niektóre z ranami ale za to z szansą przeżycia. Gdy atak był udany, szczupak odpływał kawałek do swojego ukrycia i krótkimi, szybkimi ruchami szczęk obracał upolowaną rybę tak by jej głowa znalazła się w jego przełyku. Operacja ta trwała nieraz i parę minut, tym dłużej im różnica między rozmiarami drapieżnika i jego ofiary była mniejsza.

Obserwując te podwodne dramaty cały czas rozglądałem się za jakąś godną ofiarą dla siebie - przecież nie mogłem wyjść z wody na pusto. Co jakieś 5 do 10 metrów widywałem większe szczupaki, takie już wymiarowe. Jednak nie były one tak beztroskie jak ich młodsi pobratymcy. Trzymały się głębszych i bardziej zacienionych miejsc.
Na mój widok niespiesznie odpływały do innych kryjówek. Oddałem kilka nieskutecznych strzałów do nich w momentach gdy były ustawione do mnie bokiem.
- Co jest? Co za cholera? Czy strzała krzywa że nie mogę trafić do takiego celu nawet z odległości 1 metra? Gdzie popełniam błąd? - takie myśli wtedy przelatywały mi przez głowę.
W końcu pojąłem że nie mam szans trafić w spłoszonego szczupaka - jest po prostu szybszy od strzały. Na odgłos lub wyczucie drgań wody wywołanych strzelającą kuszą reagują one błyskawiczną ucieczką, skokiem niezauważalnym dla ludzkiego oka podobnie jak podczas ataków na ryby.
Po jakimś czasie zorientowałem się że szczupaki uciekają niedaleko. Nigdy więcej niż na 2 - 3 metry od poprzedniej kryjówki. Lecz gdy próbowałem do nich zbliżyć się na odległość pozwalającą na oddanie strzału, znowu niespiesznie odpływały utrzymując bezpieczny dla siebie dystans - tak, jakby wiedziały co im grozi. Gdy wydawało mi się że mogę mieć szansę trafienia i strzelałem, to szczupaki znikały jak zaczarowane. Nigdy nie mogłem zauważyć pierwszego momentu ucieczki. Dopiero po jednej lub kilku sekundach dzięki czystej wodzie zauważałem uciekiniera parę metrów dalej, znowu niespiesznie odpływającego lub czającego się - zupełnie jakby mnie prowokował do zabawy w kotka i myszkę.
- W cholerę z tymi szczupakami! Wytresowane jakieś, czy co? Przecież wszyscy mówili że szczupak to najłatwiejszy łup. Jeżeli to prawda to jak inni trafiają trudniejsze do upolowania ryby? - myślałem wtedy coraz bardziej złoszcząc się na siebie za swoja nieudolność.

Po jakiejś godzinie poczułem dyskomfort i musiałem zrobić przerwę by wyjść na brzeg, rozebrać się i oddać mocz - woda była zimna a w zimnej wodzie, wiadomo, przemiana materii jest bardzo szybka. Gdy po chwili znowu byłem gotowy do kontynuacji łowów, zastanowiłem się chwilę. Starałem przypomnieć sobie wszystkie wiadomości na temat szczupaków zebrane wcześniej z publikacji wędkarskich. Przypomniałem sobie też własne doświadczenia wędkarskie.

- No tak, szczupaki mają przecież, tak jak inne ryby, zmysł linii bocznej który informuje je o wszelkich drganiach wody. Dzięki temu mogą polować nawet w mętnej wodzie i po ciemku. Przypomniałem sobie jeszcze że gdzieś czytałem o tym że szczupak ma na przedłużeniu swojej osi martwe pole gdzie nic nie widzi. Czyli, że powinienem spróbować zbliżać się do nich od przodu, a nie z boków.

Zastosowałem następującą technikę: gdy zauważałem stojącego lub wolno przemieszczającego się szczupaka to zatrzymywałem się a następnie starając się nie hałasować wycofywałem się, przedtem dobrze zapamiętując miejsce i kierunek w jakim były skierowane łby moich potencjalnych ofiar. Następnie robiłem ćwierć okręgu i pomalutku zbliżałem się do zapamiętanego miejsca.
I rzeczywiście, szczupaki jakby mnie nie widziały. Bez gwałtownych ruchów, płynnie i powoli mogłem grot kuszy przybliżać do ich łbów nawet na odległość kilkudziesięciu centymetrów. Pierwszych kilka ryb znowu spudłowałem ale już widziałem że technika jest dobra bo strzały czasami kaleczyły grzbiety szczupaków.
Postanowiłem zmienić grot z pojedynki na trójząb i już po chwili miałem swojego pierwszego szczupaka w rozpoczynającym się sezonie. Co prawda, niezbyt ładnie wyglądał, bo był prawie przerąbany na dwie części. Gdy z drugiego trafionego szczupaka wypadły wnętrzności to spuściłem trochę powietrza z kuszy. Dalej już było lepiej. Upolowałem jeszcze 2 wymiarowe szczupaczki i stwierdziłem że trzeba poszukać jakichś większych ryb bo z pewnością pozostali łowcy też nastrzelali takiej drobnicy i żeby się wyróżnić muszę znaleźć trofeum godne fotografii.
Ponieważ do tej pory w trzcinach nic dużego nie spotkałem zacząłem penetrować skraj podwodnej łąki na głębokości 3 - 4 metrów. Ryb tam było dużo mniej i na dokładkę trudniej było je zauważyć. Podwodne łąki nie były już tak jaskrawo oświetlone jak trzcinowiska, bo na tej głębokości część promieni słonecznych była pochłaniana przez wodę oraz przez filtr z zawiesiny fito i zooplanktonu. Światło było też rozproszone i nie powstawały cienie przez co kontury ryb były trudniejsze do zauważenia. I do tego jeszcze szczupaki miały ubarwienie maskujące. Często zdarzało się że parokilogramowe szczupaki wyskakiwały mi niespodziewanie, dosłownie spod brzucha gdy opuszczałem się nad krzaki rogatka lub rdestów czym powodowały moją irytację.

Po jakimś czasie wzrok adoptował się do półmroku i w końcu nauczyłem się wypatrywać swoje potencjalne ofiary. Niestety, zauważenie przyczajonej ryby nie gwarantowało jeszcze sukcesu. Trzeba było do niej zbliżyć się na odległość skutecznego strzału tak by jej nie spłoszyć. Do tego szczupaki te były bardziej płochliwe od tych z trzcinowisk. Przez godzinę ganiałem je jak w amoku i oczywiście, bez rezultatów. Popełniałem podstawowe błędy które wykluczały możliwość upolowania większych szczupaków już o innych, bardziej płochliwych rybach nie wspominając.
Gdy byłem już zmęczony i zniechęcony niepowodzeniami, zmieniłem taktykę. Przestałem napadać z góry na wypatrzone ryby i później pływać za nimi ścigając je bezskutecznie. Zacząłem powoli pływać po powierzchni nad podwodną roślinnością i wypatrywać większych skupisk drobnicy.
Gdy z powierzchni wody zauważałem większe stadko płoci, uklejek lub innych rybek uwijających się wśród liści podwodnych roślin, odpływałem kawałek w stronę głębszej wody, opuszczałem się na na głębokość ok. 5 - 6m, gdzie już był tylko goły muł i następnie powoli, tuż nad lekko wznoszącym się dnem podpływałem do skraju podwodnej łąki.
Płynąc z głębszej wody w stronę brzegu na płycizny miałem ponad sobą lepiej oświetloną toń. Dzięki temu lepiej też widziałem ryby. Parokilogramowe szczupaki stały ukryte wśród gałązek podwodnych krzaczków lub powoli patrolowały toń w swoich rewirach. Były przy rym zaabsorbowane obserwacją drobnicy i wypatrywaniem odpowiedniej dla siebie ofiary. I wydawało mi się że na mnie nie zwracały uwagi gdy się do nich od spodu powoli zbliżałem. Jednak w momentach gdy wyciągałem w ich stronę nabitą kuszę bez paniki oddalały się na bezpieczną odległość.
Jednego, 3 kilogramowego zębacza udało mi się upolować gdy na niego napłynąłem od strony jego łba.
W pierwszej chwili gdy go spotkałem oko w oko wydawał mi się na jakieś 5 kilogramów wagi. Zamarłem prawie bez ruchu, z wyciągniętą przed siebie uzbrojoną w kuszę ręką. Bałem się poruszyć by nie spłoszyć ryby. Ponieważ płetwami także nie śmiałem poruszać to zacząłem powoli opadać na zielsko. Ale o dziwo, szczupak także zaczął opadać na dno.
Miałem dość czasu by dokładnie wycelować i oddać strzał z odległości jednego metra. Poczułem szarpnięcie i zobaczyłem swoje trofeum pływające pod powierzchnią wody brzuchem do góry, ze sterczącą z jego boku strzałą. Dziwne, bo przecież celowałem w łeb od czoła a trójząb był wbity prostopadle w bok ryby, tuż za płytą skrzelową. - No tak, pomyślałem - pewnie akurat w momencie strzału ryba zaczynała swój zryw do ucieczki i zanim trójząb do niej dotarł, zdążyła już się obrócić.
Gdy zdobycz przekładałem na nizałkę, już byłem mniej dumny. Nie było to 5kg lecz zaledwie 3, tak na oko. Byłem już dobrze zmęczony trzygodzinnym nurkowaniem i dobrze zgłodniałem więc postanowiłem wracać na brzeg.

Gdy dotarłem na miejsce okazało się że wychodzę z wody ostatni. Każdy łowca miał ryby. Najwięcej było upolowanych szczupaków przy czym ten mój ostatni był największym okazem. Mój syn upolował jednego kilogramowego okonia oraz kilka mniejszych garbusów. Miał też kilka szczupaków. Jeden z kolegów miał dwa kilogramowe liny i parę szczupaczków a drugi tylko parę szczupaczków.
Ten ostatni za to opowiadał z przejęciem o spotkaniu (widzeniu) z wielką tołpygą.
- Mówię wam, takiej ryby już dawno nie widziałem - mówił głosem pełnym emocji - frajer ze mnie że jej nie strzeliłem. Ale płynąłem sobie na płytkiej wodzie, wzdłuż brzegu, słońce świeciło mi prosto w twarz i niezbyt dobrze widziałem szczegóły pod wodą. W pewnej chwili z boku zauważyłem jakiś podłużny przedmiot leżący na trawie, gdzieś tak z pół metra pod wodą. Myślałem że to jakiś pniak utopiony. Gdy go chciałem bokiem ominąć ten nagle ożył i wyprysnął jak rakieta. I tyle go widziałem. Ryba miała jakieś 20 albo i więcej kilogramów. Chyba tołpyga, bo szczupak to nie był.

Później, gdy ryby zostały poczyszczone a skafandry suszyły się w słońcu na wietrze porozwieszane na okolicznych drzewkach, popijając piwo, dzieliliśmy się wrażeniami w oczekiwaniu na zasłużony posiłek przygotowywany przez kobiety. I tak mile spędzaliśmy czas pijąc i jedząc, snując plany na następne dni, aż wieczorny chłód zmusił nas do zakończenia imprezy.

Następnego dnia znowu zjechaliśmy się na tę samą polankę. Znowu każdy prawie trzy godziny pływał za rybami. Znowu padło trochę szczupaków, ale już nikt nie miał żadnych widzeń ani nie upolowaliśmy żadnego dużego okazu.

Trzeci wolny od pracy dzień także spędziliśmy w tym samym miejscu. Tylko pogoda była już trochę gorsza. Na niebie w ciągu dnia pojawiało się coraz więcej chmur i było trochę chłodniej. Temperatura wody w jeziorze doszła do 12 stopni i, niestety, wyraźnie spadała widoczność. Najprawdopodobniej na skutek gwałtownego rozwoju glonów wywołanego dużą ilością światła i szybkim ogrzewaniem się wody w poprzednich dniach. Ale mimo wszystko na jakieś 2 do 3 metrów widoczność pod wodą jeszcze była.

Tego dnia postanowiłem nie buszować więcej po trzcinach tylko opłynąć jezioro trzymając się głębszej wody. Gdy zbliżałem się do końca jeziora zauważyłem zwalone do wody duże drzewo. Na powierzchni wystawał tylko kawałek grubego pnia a cała korona leżała na stromym stoku, prostopadle do osi jeziora.

Wiedziałem że to może być kryjówka dużych ryb. Że na pewno gdzieś tam jest przyczajony wielki szczupak albo kilka średnich. Że mogą być duże okonie.
Postanowiłem nie zbliżać się od razu do drzewa, by nie wypłoszyć jego mieszkańców. Opłynąłem je szerokim łukiem na granicy widoczności i dobrze mu się przyjrzałem. Drzewo to musiało już leżeć w wodzie ze dwa lata albo i dłużej. Liści nie było a gałęzie były oblepione brudnym osadem. Wśród cienkich gałązek, bliżej powierzchni, pływały stada uklejek i słonecznic. Trochę niżej widziałem kilkanaście okoni różnej wielkości.
Oddaliłem się od drzewa w stronę głębokiej wody i zanurkowałem do dna. Przy dnie, na 7 metrach poczułem nieprzyjemny chłód - wpłynąłem w warstwę termokliny.
Powoli, trzymając się dna, zacząłem podpływać do zatopionej korony. Akurat słońce wyszło zza obłoków i miałem wspaniały widok, jak w akwarium.
Ponad mną promienie słoneczne odbijały się od setek srebrnych rybek, w połowie toni przemykały między gałęziami dorodne płocie a przy grubszych konarach czaiły się lub odpoczywały pasiaste garbusy. Na mój widok czmychnęło w cień kilka węgorzy które w połowie toni, okręcone na gałęziach polowały na drobnicę. Widok tych typowo nocnych drapieżników polujących w środku jasnego dnia mocno mnie zaskoczył. Ale i tak nie miałem szansy na skuteczny strzał - zbyt gęste gałęzie. - Tak, wszystko pięknie, ładnie, ale czemu nie widzę tu żadnego szczupaka? - pomyślałem. - Gdzieś tu musi być chociaż jeden, na tyle drobnicy. Odpłynąłem trochę w bok i na powierzchnię, odpocząłem chwilę i po wentylacji płuc dałem nura w największy cień. Brzuchem po mule wpłynąłem kawałek pod gałęzie starając się ich nie trącać by nie zmącić wody. Gdy wzrok mi się przyzwyczaił do mroku uważnie zacząłem rozglądać się.
Po chwili poczułem jakby mi krew w żyłach zamarzła - gruby pień brzozy zaczął się rozdwajać i jedna część przybrała kształt torpedy. Jakieś 2,5 metra przed moją maską, majestatycznie, bez pośpiechu odpłynął w bok ogromny szczupak.
Niestety, w pierwszej chwili zdębiałem na skutek nieoczekiwanego widoku i nie zdążyłem wycelować do giganta zanim ten zniknął.
Jeszcze jakiś czas penetrowałem okolicę drzewa, ale bezskutecznie. Olbrzym zniknął na dobre. Gdy już ochłonąłem, spokojnie próbowałem oszacować rzeczywistą wielkość ryby. Przyjrzałem się jego kryjówce a przede wszystkim pniu, pod którym siedział i stwierdziłem że szczupak na pewno miał ponad 15 kilogramów wagi.
Tego dnia już całkiem straciłem zainteresowanie małymi i średnimi szczupakami. Moim marzeniem stało się odnalezienie tego krokodyla i zdobycie jego łba na trofeum. Na brzegu koledzy z lekkim niedowierzaniem wysłuchali mojej relacji z widzenia. Ich wątpliwości tylko utwierdziły moje zdecydowanie na upolowanie tej ryby.

Jeszcze ponad tydzień jeździłem codziennie nad to jezioro aż widoczność spadła poniżej dwóch metrów i dalsze łowy w tym zbiorniku już nie miały sensu. Do wody wchodziłem jeszcze przed wschodem słońca lub innym razem tuż przed zachodem (pora największej aktywności dużych szczupaków) i od razu płynąłem do tego drzewa z nadzieją na sukces. Na trzeci dzień po widzeniu jeszcze raz mi się ryba pokazała ale tylko przez krótki moment i poza zasięgiem skutecznego strzału.

Później jeszcze długo interesowałem się czy nikt nie słyszał o złowieniu tej ryby - bo wszystko jedno, czy by padła ofiarą wędkarzy, rybaków czy też nawet kłusowników to informacja taka by się szeroko rozniosła po okolicy. Na szczęście nikt się nie pochwalił takim sukcesem więc miałem poważny powód na następne lata by odwiedzać Wanowo. Ale jeszcze w tamtym sezonie jeziorko to nieźle mnie obdarzyło.

W te dni gdy próbowałem dopaść szczupaka-giganta po zachodzie słońca to zabierałem do wody latarkę i w drodze powrotnej, już po ciemku zawsze udawało mi się upolować parę węgorzy i linów. Nabierałem doświadczenia w nocnych łowach. Wtedy też pierwszy raz wpadłem w nocy w kłusownicze sieci. A tego dnia kiedy postanowiłem że to już ostatni raz w tym sezonie będę próbował znaleźć swojego szczupaka, niespodziewanie, na pocieszenie pewnie, natknąłem się na jego trochę mniejszego krewniaka ważącego ledwie 9,5kg.
Otóż zmęczony wracałem już od zatopionego drzewa i byłem gdzieś w połowie drogi do miejsca gdzie stał mój samochód gdy nagle zauważyłem na zielonej trawie ciemna pręgę. W pierwszej chwili nie zwróciłem na nią specjalnej uwagi myśląc że to jakiś kołek leży na zielsku w płytkiej wodzie. Była już szósta godzina rano i trochę spieszyłem się by zdążyć na ósmą do biura - był to roboczy dzień. Po chwili, gdy podpłynąłem bliżej okazało się że pode mną leży metrowy szczupal, skierowany paszczą w kierunku w jakim płynąłem. I pewnie dzięki temu go nie spłoszyłem. Ryba tak jakby opalała się w majowym słońcu, bo przecież nie polowała. W najbliższej okolicy nie było żadnych innych, nawet najmniejszych rybek.
Nie namyślając się od razu wystrzeliłem. Nie mogłem nie trafić tak dużego celu. Dodać tutaj muszę że gdy penetrowałem okolice zatopionego drzewa to na strzale miałem pojedynczy grot. Gdy odpływałem od drzewa, nie spodziewając się spotkać więcej wielkich okazów, założyłem trójząb. I ten trójząb tkwił teraz w grzbiecie, tuż za łbem uciekającej ryby. Bałem się że ryba zerwie się z cienkich grotów, tak się szarpała na czterometrowej lince.
Ze wszystkich sił płynąłem w kierunku jej ucieczki tak by czuła jak najmniejszy opór. Po chwili szczupak trochę osłabł i mogłem go dogonić. Złapałem go za skrzela (całe szczęście że miałem rękawice) i mocno przytuliłem do klatki piersiowej. Po chwili już był na nizałce. I miałem swoją pierwszą dużą rybę. Jej wysuszony łeb do dzisiaj wisi na ścianie w klubowej świetlicy. I co ciekawe, na oko widać że łeb ten jest prawie równy łbu od 12 kilogramowego szczupaka upolowanego wiele lat wcześniej przez innego klubowicza. Ten mój, gdyby padł pod koniec lata też by miał ok. 12 kilogramów.
Na początku maja, po zimie i tarle ryby są wychudzone!

Sentyment do Wanowa pozostał we mnie do dziś. Gdy mieszkałem w Świdwinie to corocznie w Wanowie kilkakrotnie polowałem z nadzieją na spotkanie z tym wielkim szczupakiem albo wielką tołpygą. Niestety, już nielegalnie.

Na skutek protestów wędkarzy prezes spółki więcej już nikomu zezwolenia na to jezioro nie sprzedał.

- Pan wybaczy, ale mamy większy dochód ze sprzedaży pozwoleń wędkarzom niż nurkom. Było zbyt wiele krzyku o to że na specjalne łowisko wpuściłem płetwonurków z kuszami - wyjaśnił.

No cóż, nie zważając na konsekwencje w razie przyłapania mnie na kłusownictwie, polowałem w nocy tak by mnie nikt nie zauważył i zawsze do domu wracałem z paroma rybami. Często przy tym musiałem omijać siedzących na brzegach wędkarzy-kłusowników (nocne połowy są tam zabronione) oraz kilkakrotnie wpadałem w kłusownicze sieci.
Presja wędkarzy i kłusowników na to jeziorko jest dość duża ale ryb jest jeszcze sporo. Może dlatego że nie ma tam kormoranów a Zakład Rybacki nie łowi sieciami.

Legendarne Mazury

Po długim namyśle oraz trudnych przygotowaniach wylądowałem wraz z żoną, synem i psem w Węgorzewie. Wynajęliśmy na okres trzech lat nieduży, umeblowany dom z garażem i sporą działką na skraju miasta. Przeprowadzka ta miała ułatwić mi życie. Poprostu miałem już dosyć cotygodniowych dojazdów z Zachodniego Pomorza do firmy w obwodzie kaliningradzkim - 505km samochodem w jedną stronę i do tego kolejki na przejściu granicznym.
Najwygodniej dla mnie byłoby przeprowadzić się do Gołdapi (stamtąd do biura miałem tylko 100km), jednak z powodu dużej ilości jezior i rzek w promieniu 30km, na tymczasowe zamieszkanie wybrałem Węgorzewo.

Niestety, jak się szybko przekonałem, był to błąd. W jeziorach mazurskich, zwłaszcza w tych gdzie gospodarzy Polski Związek Wędkarski, NIE MA DUŻYCH RYB!!!
Jedynie w głębinach wędkarze mogą jeszcze trafić na troling jakieś niedobitki dużych szczupaków żywiących się sielawą. Jednak są one niedostępne dla podwodnych łowców. Pod wodą spotyka się tylko drobnicę, która przechodzi przez oczka sieci. No, może jeszcze z węgorzami nie jest najgorzej - nie ma ich dużo, ale czasami można trafić na 1,5kg i większe egzemplarze. Taka sama sytuacja jest w mazurskich rzekach, ale tam z pewnością za brak ryb winę ponoszą kłusownicy z nadrzecznych wiosek. No bo czym wytłumaczyć to, że w sezonach 2003 i 2004 przepłynąłem Krutynią, Sapiną, Ełkiem, Pisą, Łyną, Biebrzą i Narwią w dzień i w nocy mnóstwo kilometrów i nie upolowałem żadnej ryby. Jedynie w Węgorapie miałem jakieś skromne wyniki. A są to rzeki idealne dla ryb, z mnóstwem wszelkiego pokarmu, zarówno dla drapieżników jak i dla karpiowatych.
Przecież z Drawy, Radwi, Brdy czy też z Szeszupy (z jej rosyjskiej części) nigdy nie wychodziłem bez ryb - czasami już po dwóch godzinach miałem pełną nizałkę. A tu ze 150 godzin w takich słynnych rzekach i na pusto.
Podczas gdy w Drawie lub w Szeszupie w ciągu jednej godziny nocnego spływu można zobaczyć kilkanaście malutkich sumów (takich poniżej 1 kilograma), to w Krutyni nie widziałem ani jednego w ciągu 5-ciu godzin. W tych dwóch sezonach spotkałem tylko jednego, małego suma w Biebrzy, tuż przy ujściu do Narwi.

Oprócz braku ryb, Mazury mają jeszcze jeden bardzo istotny mankament ograniczający możliwości uprawiania podwodnego łowiectwa. Otóż wiosną lód trzyma się na powierzchni wód kilka tygodni dłużej niż w innych regionach Polski. A jesienią woda też szybciej ochładza się i sezon musimy kończyć już w połowie października. Gdy jeziora takie jak Miedwie, Ińsko, Siecino, Drawskie lub Charzykowskie w połowie października mają jeszcze temperaturę ok. 10 stopni to na większości mazurskich jezior już zaczyna się mieszanie wody, a co za tym idzie, następuje drastyczny spadek widoczności.

W 10-tym numerze Wiadomości Wędkarskich z 2004r można było przeczytać informację o wynikach największego przedsiębiorstwa PZW - Gospodarstwa Rybackiego w Rucianem-Nidzie. Pisali tam, że z 21 400 ha wody średnio odławiają 300 ton ryb rocznie , czyli tylko 14 kg z jednego hektara.
Jest to prawda udokumentowana. Tyle ryb przyjęły magazyny i tyle zaksięgowano. A ja się pytam, kto policzy te wszystkie ryby sprzedane przez rybaków na lewo, poza ewidencją, za pieniądze chowane do własnych kieszeni?

Na Mazurach jest to cały przemysł. Nielegalni hurtownicy (skupują ryby i wywożą dalej w Polskę), właściciele sklepów, ośrodków wczasowych, wędzarni, smażalni i innych zakładów gastronomicznych chętnie kupują od kłusowników i "swoich" rybaków tańsze (bo kradzione) ryby. Może nie wszyscy, ale większość tak postępuje.

I to jest prawda, którą można łatwo udowodnić. Tylko komu na tym zależy? Wszystkim jest tak dobrze jak jest i często słychać takie argumenty: "Bo przecież jest wielka bieda w regionie i lepiej żeby co niektórzy kłusowali niż kradli i rabowali turystów. A rybacy ciężko pracują i mało zarabiają, więc muszą trochę dorobić na boku".

Miejscowi policjanci oraz strażnicy z PSR i PZW, także rybacy zawodowi doskonale wiedzą kto żyje z kłusownictwa. Mało tego, często jest tak że sami strażnicy i policjanci stawiają siatki lub pilnują by nikt się nie wtrącał gdy "pracują" koledzy - sam byłem świadkiem.
Później jest podział łupów i wspólny ochlaj.

Turyści i żeglarze zjedzą wszystko, nie patrząc na ceny, więc w krótkim sezonie trzeba zarobić na nich jak najwięcej i ryb nie może zabraknąć. Jest popyt to i musi być podaż. A najlepiej można zarobić na nielegalnym i nie ewidencjonowanym obrocie - nie płacąc podatku dochodowego i VAT.

Rybacy zawodowi pracują codziennie, również w soboty, niedziele i święta. Tak samo kłusownicy, tylko że nocami. Często jest tak, że jedni drugim nie ruszają sprzętu i mają nawet podzielone akweny - między nimi są wieloletnie powiązania rodzinne i towarzyskie, jak to w małych miejscowościach.

We wrześniu 2004r na Mamrach Północnych trzej (w tym dwóch początkujących) płetwonurkowie nurkujący z butlami i z kuszami znaleźli ukryty pod wodą sadz z 30 kg dorodnych węgorzy. Z wielką radością go sobie przywłaszczyli i później przez dwa dni wędzili niespodziewaną zdobycz.
W tym przypadku kłusownicy okradli złodziei.
Węgorze te schowali sobie rybacy z gospodarstwa rybackiego PZW. Rano opróżnili matnie w żakach i kozakach, odkładając większość węgorzy i chowając je pod wodą w umówionym miejscu dla wspólnika. Sami spłynęli do bazy nad jeziorem Swięcajty ze znikomą ilością ryb w skrzynkach.

Tak pracuje większość rybaków i to nie tylko tych z PZW. A dlaczego tak postępują? Jeśli porównać wynagrodzenie za każdy kilogram złowionej ryby płacone im przez ich pracodawców do cen uzyskiwanych bezpośrednio od klientów, to wszystko staje się jasne.

Do tego należy jeszcze powiedzieć o nagminnym odławianiu ryb niewymiarowych i w okresach ochronnych. Wystarczy odwiedzić kilka sklepów rybnych by przekonać się jaka jest prawda. Zwłaszcza wiosną. Na ladach sklepowych większość ryb nie ma wymiaru i sprzedawane są gatunki akurat odbywające tarło.

Jaka jest sytuacja z rybami na Mazurach, a zwłaszcza na Wielkich Mazurskich Jeziorach, doskonale wiedzą tutejsi mieszkańcy. Wielu przestało wędkować na jeziorach PZW i dawnych PGRyb. Nie wykupują zezwoleń i nie płacą składek słusznie uważając to za stratę pieniędzy. Na ryby jeżdżą na łowiska specjalne lub nad te zbiorniki, na których dzierżawcy nie prowadzą takiej rabunkowej gospodarki. Najlepiej można przekonać się o tym licząc w środku sezonu, w wolny dzień, ilość łodzi wędkarskich na wodzie. Na przykład na Swięcajtach, Mamrach Północnych i Kirsajtach (razem wziętych) nigdy w wakacje nie widziałem więcej niż kilkanaście wędkarskich łódek jednocześnie. I podejrzewam że większość z tych wędkarzy to wczasowicze którzy i tak nie mają co robić lub są nieświadomi braku ryb w wodzie.
Na Pomorzu Zachodnim, na Pojezierzu Drawskim i na Kaszubach w tym samym czasie można zobaczyć wielokrotnie więcej wędkarzy, nawet na jeziorach stukrotnie mniejszych od Mamr. I to wędkarzy miejscowych, gdyż przyjezdnych jest bardzo mało. Ale tam zakłady rybackie wpływy za sprzedaż zezwoleń wędkarskich uczyniły swoimi głównymi źródłami dochodów. Masowo zarybiają jeziora rybami atrakcyjnymi dla wędkarzy i sami ograniczają ich odłowy - skupiają się głownie na połowach sielawy i węgorza oraz na hodowli ryb w stawach. Większość tych zakładów jest też przyjazna podwodnym łowcom.
A spróbujcie kupić pozwolenie na łowiectwo podwodne w gospodarstwiee rybackim PZW w Rucianem-Nidzie. Spotkacie się z wielkim oburzeniem. Jak śmieliście się do nich zwrócić z tak niestosowną prośbą?
Tak to już jest, że najwięksi rabusie na pokaz stroją się w piórka humanitarnych obrońców ryb. I nie dociera do nich że prawo się zmieniło i mają obowiązek udostępniać wody na których gospodarzą, dla sportowego połowu ryb - zarówno na wędki jak i na kusze.

Na szczęście uparty i cierpliwy podwodny łowca może jeszcze kupić pozwolenie od kilku mazurskich dzierżawców jezior. Gospodarzą oni na jednym lub kilku niewielkich zbiornikach i dbają o rybostan. Jednym z takich indywidualnych rybaków był pan Karol Smalec. Bazę miał nad jeziorem Rydzówka - widać ją po prawej stronie drogi Węgorzewo - Srokowo, tuż za śluzą na niedokończonym Kanale Mazurskim.
Dwa (Rydzówka i Węgielsztyn) dzierżawione przez niego jeziora nadają się do łowiectwa podwodnego i pan Karol bez problemów pozwolenia sprzedawał - 20zł za jeden dzień. Dodatkowo można było u niego wypożyczyć łódź.
Swoich jezior tak nie ograbił jak PZW, bo nurkując tam spotykałem o wiele więcej ryb niż w pobliskich Mamrach.

Gdy mieszkałem w Węgorzewie to na terenie Warmii, Mazur i Podlasia udało mi się znaleźć kilka prywatnych spółek zajmujących się rybactwem śródlądowym i dzierżawiących jeziora z dobrą przezroczystością wody których prezesi dali się przekonać do sprzedaży pozwoleń na podwodne polowania.
Niestety, żadnych wielkich okazów tam też nie udało mi się zobaczyć. Zresztą nigdy nie liczyłem na upolowanie wielkich karpi, linów czy szczupaków - zanim zwracałem się do gospodarza danej wody o pozwolenie to najpierw robiłem wywiad. Zaglądałem do magazynów i firmowych sklepów spółek rybackich oraz grzecznie podpytywałem samych rybaków i miejscowych wędkarzy. Musiałem się przekonać czy warto tracić czas i pieniądze na upatrzone jeziora czy lepiej jechać gdzie indziej.
Nieraz, pomimo zachęcających informacji, wychodziłem z wody bez ryb. Jedyną korzyścią bywało poznanie nowych nurkowisk. Niektóre z jezior ze względu na malownicze otoczenie i wspaniałe podwodne krajobrazy zapewniały mi tyle przyjemności podczas nurkowania że nawet bez ryb wychodziłem z nich zadowolony z dobrze spędzonego dnia.

Kto wie, czy najgroźniejszymi rabusiami mazurskich jezior nie są kormorany. Na niektórych zbiornikach na pewno więcej ryb odławiają niż rybacy i kłusownicy razem wzięci. Wystarczy przemnożyć ilość tych ptaków (ok. 20 000 i połowa z tego na Północnym Wschodzie Polski) przez ilość dni ich pobytu w naszym kraju i to jeszcze pomnożyć przez 2 kilogramy. Nikt nic nie robi, by ograniczyć tą plagę, a już najwyższy czas.

Udany początek sezonu

7-go czerwca 2004r, jadąc do firmy w Sowietsku (obwód kaliningradzki w Rosji), pierwszy raz w tamtym sezonie zabrałem ze sobą sprzęt do łowiectwa podwodnego. Wcześniej nie było sensu wozić się z całym tym majdanem przez granicę - moje ulubione łowiska w rzece Szeszupie i na jez. Wisztynieckim z powodu mętnej wody nie nadawały się do polowań.
Jednak zanim przekroczyłem granicę w Gołdapi, straciłem ponad dwie godziny na przekonywanie rosyjskich celników o tym, że pneumatyczne kusze do łowiectwa podwodnego to nie broń i nie potrzeba na nie zezwoleń.

Na drugi dzień, po pracy, wraz z kolegą Tadeuszem (zawziętym wędkarzem) wyskoczyliśmy na zalane żwirownie, ok. 10km od naszej firmy. Są to niewielkie, kilkuhektarowe zbiorniki o głębokości nie przekraczającej 3m. Trzy z nich mają przezroczystą wodę i są gęsto zarośnięte zarówno roślinnością zanurzoną (rdestnice, wywłócznik, moczarka kanadyjska, rogatek, glony) jak i wynurzoną (trzcina i sitowie).
W dwóch są ryby, a w jednym w poprzednich latach spotykałem kilka razy duże karpie (ponad 10-cio kilogramowe). Niestety, spotkania te kończyły się dla karpi szczęśliwie.
Ryby w tych zbiornikach są mocno przepłoszone przez kłusowników i podwodnych łowców. Mnie to nie zrażało i zawsze gdy rzeka była mętna a nie chciało mi się jechać na Wisztyniec (125km w jedną stronę) mogłem liczyć na ciekawe przeżycia w tych "gliniankach".

Na miejscu byliśmy ok. godziny 17-tej. Zanim zdążyłem się przebrać, Tadeusz już zarzucił wędkę, mając nadzieję nałapać karasi.
Po wejściu do wody i pierwszym zanurzeniu poczułem się jak w akwarium. Widoczność przy bezchmurnym niebie dochodziła do 5m. Całe dno zbiornika było pokryte zielonym, puszystym dywanem z ramienic z którego miejscami wyrastały kępkami wyższe rośliny, dosięgające powierzchni wody. Liście i łodygi roślin były wolne od jakichkolwiek nalotów i mieniły się żywą zielenią w promieniach słonecznych. Wśród nich spotykałem liczne stada małych rybek, przede wszystkim okonków, płotek i krasnopiórek. W bardziej zacienionych miejscach, zwłaszcza pod liśćmi grążeli żółtych, widać było niewielkie stada dorodnych karasi, takich do 1 kilograma wagi.
Nie strzelałem do nich, bo szukałem większych okazów. Niestety, wtedy nie spotkałem żadnego karpia ani dużego karasia.
Widocznie tego dnia duże ryby karpiowate były apatyczne i pochowały się w gęstym zielsku.
Tadeusz też nie mógł się niczym pochwalić. Na wędkę złapał tylko jednego okonia.
Po półtora godzinie pływania upolowałem jednego szczupaka, ok. 1kg wagi i postanowiłem przejechać na drugą gliniankę. Na fotelu w samochodzie pościeliłem sobie ceratę i nie przebierając się przejechałem ok. 1km nad drugi zbiornik.
Jest on mniejszy, płytszy i bardziej zarośnięty. Jednak ryb jest w nim więcej, chociaż nigdy tam nie widziałem żadnego karpia ani karasia.
Za to jest sporo szczupaków (widziałem nawet 5-cio kilogramowe okazy), okoni, płoci i krasnopiórek. Po godzinie pływania w płytkiej wodzie upolowałem dwukilogramowego szczupaka i na tym zakończyłem swój pierwszy w tamtym roku nurkowy dzień w Rosji.

Następnego dnia, również popołudniu, z Tadeuszem wybraliśmy się nad rzekę Szeszupe. Rzeka ta na odcinku płynącym przez obwód kaliningradzki jest typowo nizinna i nieuregulowana - meandrując wśród łąk i lasów powoli toczy swoje wody do Niemenu. Latem i jesienią jest stosunkowo płytka (1-3m głębokości), tylko gdzie niegdzie można znaleźć głębsze plosa do 4-6m. Zdarzają się też często kilkusetmetrowe odcinki, gdzie rzeka rozszerza się i wypłyca do 0,5m.
Oprócz samego nurtu, prąd wody jest słaby. Płynięcie w płetwach pod prąd nie wymaga dużego wysiłku, jedynie wypłycenia trzeba pokonywać na piechotę.

Po dojechaniu na miejsce (ostatnie 1,5km polną, wyboistą drogą) i przyjrzeniu się toni wodnej w rzece, byłem mocno rozczarowany. Widoczność wydawała się nie przekraczać 1,5m i woda miała brązowo-czerwony kolor. Mimo to szybko przebrałem się w skafander, uzbroiłem strzałę w pojedynczy grot, złapałem resztę sprzętu i wskoczyłem do wody. W tym czasie mój kolega zdążył już rozłożyć się na brzegu z wędkami.

Poziom wody w rzece był bardzo niski - od marca zniżył się o jakieś 6 -7 metrów. Po drugiej stronie rzeki stało kilku miejscowych wędkarzy i od czasu do czasu, na wędki spławikowe wyciągali jakieś białe ryby, tak na oko, od 0,2 do 0,5 kg szt.

Była przyjemna pogoda, świeciło słońce i tylko z rzadka na błękitnym niebie pojawiały się niewielkie, białe obłoki. I choć słońce mocno prażyło, to temperatura powietrza nie przekraczała 20 stopni a woda w rzece miała 18 stopni. Po zanurzeniu się pod wodę byłem mile zaskoczony.
Rzeczywista widoczność okazała się dużo lepsze niż sądziłem - przy świecącym słońcu miejscami dochodziła do 4 metrów. Najlepsza była w nurcie i w miejscach pozbawionych roślin. W spokojnych, zarośniętych miejscach, gdzie woda była prawie stojąca, widoczność spadała poniżej 2 metrów. Było to spowodowane aktywnością rybiego drobiazgu, uwijającego się wśród liści oraz większych ryb pływających przy dnie w cieniu roślin i podnoszących obłoki mułu. Najbardziej psuły przezroczystość wody te maluchy - strącały brudny osad oblepiający podwodne rośliny.

Powoli, lewym brzegiem popłynąłem pod prąd, przeszukując po drodze podwodne zarośla i zaglądając do każdej napotkanej jamy w skarpie brzegowej.
Dwukrotnie szerokim łukiem ominąłem miejscowych wędkarzy - i co najbardziej zdumiewa polskich łowców podwodnych w Rosji, obyło się bez żadnych nieprzyjaznych gestów z ich strony.

W poprzednich sezonach nieraz wędkarze podchodzili do mnie (gdy już wyszedłem z wody) i inicjowali rozmowy. Pytali się, skąd jestem i co widziałem pod wodą, podziwiali moje trofea (gdy takie miałem), przekazywali informacje o ciekawszych odcinkach rzeki, chwalili się swoimi sukcesami itd.
W Polsce takie przyjazne relacje między wędkarzami i podwodnymi łowcami prawie się nie zdarzają.

Na odcinku od miejsca, gdzie wszedłem do wody aż do pierwszej płycizny, brzegi rzeki są prawie pionowe i pas roślinności podwodnej jest bardzo wąski. Wyjątek stanowi mała wysepka pośrodku rzeki - wokół niej jest duża podwodna łąka.
Po przepłynięciu ok. 500 metrów dotarłem do miejsca, gdzie Szeszupe mocno rozszerza się i wypłyca. Musiałem zdjąć płetwy i płyciznę pokonać na piechotę. Za tą płycizną rzeka znacznie się zmienia. Jest szersza i wzdłuż obu brzegów ciągną się szerokim pasem podwodne rośliny i glony - strzałka wodna, rdestnice, wywłócznik, grążele żółte, ramienice.

Po przepłynięciu następnych 100 metrów, zauważyłem ładnego szczupaka pływającego w pół toni między łodygami roślin. Niestety, nie zdążyłem wystrzelić i ryba zniknęła, pozostawiając po sobie chmurę zmąconego mułu. Pozwoliłem się znieść prądowi rzeki kilkanaście metrów i po chwili, zataczając kręgi wokół kęp zielska, rozpocząłem poszukiwania uciekiniera. Po kilku minutach, gdy ryby nie mogłem znaleźć, zmieniłem technikę. Podpływałem od głębszej strony rzeki do skupisk roślin i kładłem się na dnie, wypatrując w półmroku ukrytych ryb.
Za drugim razem trafiłem na kryjówkę "mojego" szczupaka. Leżał na dnie, schowany wśród łodyg rdestnicy, pochylonych od działania słabego prądu i pod naturalnym parasolem, utworzonym na powierzchni wody przez gęstą plątaninę liści i kwiatów. Ryba mnie poczuła i próbowała ponownie uciec. Nie zdążyła, pojedynczy grot przyszpilił ją do dna.

-Pierwsza ryba z Szeszupy w tym sezonie jest, ucieszyłem się. Szczupak ważył 2,8kg i był trafiony w kręgosłup, tuż za łbem - niekiedy zdarzało mi się tracić szczupaki strzelone pojedynczym grotem, gdy rozrywały sobie ciało i uciekały w muł lub głęboko w zielsko. Humor mi się trochę poprawił, lecz do zadowolenia było mi daleko. Wchodząc do rzeki liczyłem na spotkania z sazanami i sumami więc średni szczupak nie był wymarzoną zdobyczą.

Popłynąłem dalej. Jeszcze kilka razy spotykałem szczupaki, lecz je ignorowałem - były mniejsze od tego który już wisiał u mnie na nizałce. Po dwóch i pół godzinie zawróciłem i drugim brzegiem, szybując w pół toni, wypatrywałem jakiejś większej zdobyczy. Powrót w pobliże samochodu zajął mi dużo mniej czasu - płynąłem z prądem rzeki.

Jakieś 200 metrów od Tadeusza, który siedział nad rzeką i obserwował swoje spławiki, zauważyłem jakiś ruch przy samym brzegu. Coś się spłoszyło i zostawiło dużą chmurę mułu unoszonego z prądem rzeki. Po ilości tego wzruszonego mułu zorientowałem się, że tym razem to nie jakiś tam szczupaczek. Odbiłem w stronę środka rzeki i odpłynąłem od tego miejsca jakieś 50m. Potem zawróciłem i zacząłem powoli płynąć pod prąd, wzdłuż skarpy brzegowej.
Przeczucie miałem dobre - po chwili zobaczyłem ciemny, długi ogon i kawałek białego brzucha wystające z płytkiej nory.
-Durna ryba schowała tylko łeb i kawałek korpusu do dziury wykopanej przez piżmaka i myślała że jest bezpieczna, zupełnie jak przysłowiowy struś. Prawdopodobnie, gdy go parę minut wcześniej spłoszyłem, to z pośpiechu wybrał sobie taką słabą kryjówkę.
Wystrzeliłem odruchowo. I to był błąd, gdyż trafiłem suma w brzuch. Jest to najgorsze miejsce - ryby przeważnie kilkoma uderzeniami silnego ogona zrywają się, zostawiając pechowemu strzelcowi trochę wnętrzności na pamiątkę - sumy na brzuchu mają cienką skórę a wnętrzności podtrzymuje tylko cienka warstwa mięśni.
Po wystrzale momentalne zrobiło się pod wodą ciemno i tylko poczułem, jak ryba uciekając na otwartą wodę otarła się o mój prawy bark. Tym razem miałem szczęście i sum nie był stracony - czułem, że z kołowrotka krótkimi zrywami wysnuwa się linka. Gdy chmura mułu odpłynęła, zacząłem po lince zbliżać się do ranionej ryby.
Sum był niedaleko. Pływał w pół toni okręcony kilkoma zwojami linki, dzięki czemu nie mógł się uwolnić - do tej pory prawie wszystkie moje sumy zaraz po ugodzeniu strzałą kręciły się dookoła swojej osi, podobnie jak schwytane krokodyle na filmach z serii "Łowca krokodyli" stacji Discovery.
Strzała tkwiła w nim na wylot a z dużej dziury w boku wystawała różowa wątroba. Parę minut szarpaniny, trochę hałasu i ryba była na nizałce. Dobrze, że miałem nizałkę z dużą, mocną i ostrą końcówką - nie tak łatwo przebić twarde i grube szczęki suma.

W międzyczasie, Tadeusz usłyszawszy głośne pluski szamoczącej się ryby pobiegł do samochodu po aparat fotograficzny i za chwilę pstryknął mi zdjęcie. Później, w drodze powrotnej do Sowietska, zajechaliśmy do naszego zakładu i zważyliśmy ryby - sum miał równo 12kg.

Podczas patroszenia ryby zobaczyłem że była już po tarle, chociaż okres ochronny jeszcze obowiązywał. Widać, że ryby nie stosują się do kalendarza ludzi i trą się wtedy, gdy mają odpowiednie warunki - Szeszupe jest płytka i wiosną szybko się nagrzewa, tak więc i ryby szybciej odbywają w niej tarła.

Kolega tego dnia też nie miał szczęścia - przez 3 godziny było u niego tylko jedno branie na żywca, lecz je zmarnował. Miejscowych wędkarzy już nie było nad wodą. Tadeusz powiedział, że jak zniknąłem za zakrętem rzeki to u nich skończyły się brania. Posiedzieli jeszcze z godzinę i dali sobie spokój. Widocznie ten mój sum musiał im skutecznie przepłoszyć ryby.

To dziwne, bo sum jest typowo nocnym drapieżnikiem. Ten był moim trzecim sumem aktywnym w ciągu słonecznego dnia. Wcześniej upolowałem w dzień w Szeszupie jeszcze tylko 4 sumy i do tego dwa z nich siedziały schowane przed promieniami słonecznymi w ciemnych jamach wymytych w brzegu przez prąd. Ciekawe, co powoduje takie nietypowe zachowania tych ryb?

Węgorz za zegarek

Kirsajty, to płytkie (maksymalna gł. 5,8m) jezioro o pow. 207 ha, należące do zespołu Mamr. Linia brzegowa jeziora jest nieregularna a dno pokryte roślinnością zanurzoną. Od brzegów ciągnie się szeroki pas trzcin, które rosną na głębokościach od 0,5 do 2m.
Na płyciznach, w zacisznych miejscach, od trzcin w stronę głębszej wody rosną grążele żółte, tworząc na powierzchni wody zielone dywany płaskich liści, miejscami upiększone żółtymi kielichami kwiatów. Już od trzcin, a miejscami nawet wśród nich, dno zaściela gruby dywan poskręcanych ramienic. Ramienice rosną do głębokości 5m w całym jeziorze, miejscami tylko ustępując niewielkim łąkom rogatka i rdestnic.
W najgłębszych miejscach spotykałem niewielkie połacie dna wolne od jakichkolwiek roślin. Również w torze wodnym trafiają się niewielkie odcinki dna bez roślin, chociaż głębokość tam nie przekracza 2,5 m.
Jednym słowem, Kirsajty to wielka podwodna łąka otoczona trzcinami, z wystającymi półwyspami, wyspami i zacisznymi zatoczkami.

W sezonie 2003 roku woda w Kirsajtach i Darginie miała słabą przezroczystość (ok. 1 do 1,5m) spowodowaną zakwitem glonów - woda w jeziorach latem miała o ok. 5 stopni wyższą temperaturę niż w 2004r i w 2003r, było więcej słonecznych oraz upalnych dni. W Mamrach Północnych na odwrót - w 2003r widoczność tam nie spadała poniżej 4m a latem 2004r widoczność nie przekraczała 2m. Oczywiście, są to obserwacje wody w warstwie powyżej termokliny - głębsze warstwy toni wodnej nas, łowców podwodnych, nie interesują.

W niedzielę 5-go września po ciepłym dniu nastał ciepły i spokojny wieczór. Wiatr ucichł i powierzchnia jezior wygładziła się tak że zaczerwienione od zachodzącego słońca niebo wraz z nielicznymi obłokami odbijało się w niej jak w lustrze.
Postanowiłem spenetrować Kirsajty wokół małej wysepki i wzdłuż toru wodnego aż do mostu na drodze Harsz - Sztynort. Liczyłem na to że w niedzielę wieczorem na wodzie nie będzie już żeglarzy ani innych wodniaków i będę mógł bez specjalnego ryzyka popolować.
Przedtem, w czasie niedawno zakończonych wakacji a zwłaszcza w piątkowe i sobotnie wieczory oraz noce często spotykałem na wodzie różne jednostki pływające. Tylko niektóre miały włączone przepisowe oświetlenie, przeważnie żaglówki. Większość motorowodniaków, prawie wszyscy zapóźnieni wędkarze i wszyscy zawodowi rybacy wracający z odległych łowisk do swoich przystani nie używali świateł.

Nocą na Mazurach można spotkać łodzie pływające od przystani do przystani (tych, gdzie można zaopatrzyć się w piwo i inne trunki), sterowane przez sterników będących w stanie wskazującym na spożycie alkoholu. Łatwo sobie wyobrazić czym grozi zderzenie głowy wynurzającego się z pod wody płetwonurka z dnem lub śrubą napędową rozpędzonej łodzi - nawet niewielkiej.

Na Wielkich Jeziorach Mazurskich nurkując na bezdechu trzeba być bardzo czujnym i stale kontrolować otoczenie, zwłaszcza w nocy. Należy obawiać się nie tylko rybaków, Państwowej Straży Rybackiej, policji czy też innych inspektorów - np. noc wcześniej gdy próbowałem coś upolować w Darginie, ok. godziny 23 po wynurzeniu się z głębokości 6 metrów zauważyłem w odległości ok. 20m płynącą prosto na mnie żaglówkę. Łódź była nieoświetlona i płynęła na żaglach. Dzięki temu że noc była dosyć jasna a żagle białe, zdążyłem ją zauważyć i w porę uciec unikając zderzenia. Było to dość daleko od toru wodnego.

W południowo-zachodniej części jeziora Kirsajty jest cicha, niewielka zatoka. Gdy wchodzi się do wody prosto z drogi (tafla wody przylega prawie do asfaltu) należy płynąć w prawo. Jest też lepszy dostęp do tej zatoki - jadąc drogą ze Sztynortu w stronę Harszu, po minięciu miejsca gdzie woda dochodzi do drogi, po kilkuset metrach należy skręcić w lewo, w pierwszą leśną drogę. Po wyjechaniu z bagiennego lasku, na rozwidleniu polnych dróg należy skręcić w prawo i jechać przez łąkę aż do polanki z małą, wąską plażą.
Polana ta jest rzadko odwiedzana przez ludzi. Tylko czasami miejscowi przyjeżdżają tutaj się wykąpać i niekiedy biwakują na dziko żeglarze.

Na miejscu byliśmy o godz. 19,45 - słońce zaszło przed 15 minutami lecz było jeszcze widno. Jezioro było idealnie gładkie, ciszy nie mącił nawet szmer wiatru. Niestety, okazało się że tej nocy na Kirsajtach nie będę sam i musiałem zmienić plan oraz technikę nurkowania.
W płytkiej zatoce na prawo od plaży, w odległości ok. 50 metrów była zakotwiczona żaglówka a na wprost, z lekkim odchyleniem w lewo, przy małej zadrzewionej wysepce odległej o ok. 500m stała druga łódź. Na dokładkę jeszcze było słychać pracujący silnik wysokoprężny.
W takie silniki są wyposażone łodzie zawodowych rybaków lecz ja ich wtedy nie widziałem. Na pewno stawiali sieci za wyspą.

Z każdą chwilą było coraz ciemniej i po chwili zauważyliśmy że odgłos diesla oddalał się aż całkiem był niesłyszalny.
- Dobra, pomyślałem, rybacy są już z głowy a żeglarze są zajęci sobą. Jak się postaram to nawet nie zauważą że ktoś nurkuje w ich pobliżu.
Żona odjechała samochodem a ja pod osłoną wysokich trzcin wszedłem do wody. Starając się nie pluskać, odpłynąłem od szuwarów i zacząłem poszukiwania ryb. Zanurzałem się w ten sposób aby nie unosić płetw nad powierzchnię wody a latarkę załączałem dopiero na głębokości poniżej 2 metrów i wyłączałem przed wypłynięciem na powierzchnię.
Woda była bardzo czysta, ok. 5m widoczności i w związku z tym używałem Lumena 4 - daje dostateczną ilość światła i zarazem nie powstaje od niej taka łuna jak od Vegi. Po wynurzeniu się nie wydmuchiwałem wody z rurki tylko wyjmowałem ustnik i oddychając ustami jednocześnie wylewałem z niego wodę - w wilgotnym powietrzu nad wodą, gdy nie szumią trzciny ani nadbrzeżne drzewa i krzewy oraz ciszy nie mąci plusk fal, odgłos wydmuchiwanej fajki niesie się daleko i brzmi jak jakiś instrument dęty.

Około jednej godziny pokręciłem się między tymi żaglówkami, nie zbliżając się bliżej niż na 100m do nich. Z pewnością nie zostałem zauważony bo w przeciwnym wypadku żeglarze świecili by latarkami po wodzie próbując ustalić źródło hałasu.
Było sporo drobnicy. Ryby trzymały się z daleka od zarośli rdestnic. Większość z nich stała lub pływała nad dywanem ramienic. Tylko nieliczne rybki pływały wśród górnych części rogatka. Od czasu do czasu widywałem też małe, niewymiarowe szczupaki wyskakujące z wolnych przestrzeni między łodygami wysokich krzaków rogatka, gdy padał na nie promień światła z latarki.
Niektóre szczupaczki i małe liny na widok światła natychmiast wkręcały się skosem w dół między ramienice. Gdy nurkowałem głębiej, nad schodzącą skośnie w dół roślinnością, czasami znajdowałem kawałki czystego dna. W takich miejscach znajdowałem trochę większe szczupaki, wymiarowe. Stały one nad mułem lub polowały na drobnicę (ostatnio coraz częściej spotykam w nocy pod wodą żerujące szczupaki, niezależnie od typu zbiornika wodnego).
Podczas każdego zanurzenia, niezależnie od głębokości, spotykałem raki pręgowane, niektóre nawet dość duże. W czasie tej pierwszej godziny polowania nie widziałem ani jednego węgorza więc postanowiłem popłynąć w stronę toru wodnego i po drodze strzelić chociaż parę szczupaków.

Po następnej półgodzinie, gdy wysepka była już daleko z tyłu, płynąc pod wodą na głębokości ok. 4 metrów strzeliłem kilogramowego szczupaka. Gdy podpływałem do szamoczącej się ryby zauważyłem kątem oka refleks odbitego światła od jakiegoś jasnego obiektu ok. 3 metrów na prawo. Wydawało mi się że to brzuch następnego szczupaka, tylko trochę większego. Skierowałem w tamtą stronę latarkę i momentalnie poczułem się jakby mi serce stanęło. Powoli, bez pośpiechu odpływał w ciemność wielki węgorz. Takiego giganta widziałem wcześniej tylko raz w życiu. Ryba była dobrze ponad metr długa i gruba jak moje przedramię.
Niestety, cały mój organizm domagał się już świeżego powietrza i musiałem wypłynąć na powierzchnię. Przełożyłem szczupaka z grota na nizałkę, naładowałem kuszę i nurkując, zacząłem uważnie wypatrywać uciekiniera. Bez sukcesu. Pogodzony ze zmarnowaną okazją popłynąłem dalej. Po drodze do toru wodnego spotkałem jeszcze jednego węgorza. Była to nieduża ryba więc darowałem jej życie - staram się nie strzelać do węgorzy mniejszych niż 0,5kg.

W torze wodnym, zaraz po wypłynięciu z wąskiego przejścia między trzcinami było wręcz mrowie drobnicy. Płocie, okonie, leszczyki, krąpie, linki, szczupaczki i nawet widziałem jednego miętusa. Woda była płytka i źle mi się nurkowało. Płynąc pod wodą na głębokości ok. 1 do 1,5m musiałem cały czas walczyć z dodatnią pływalnością. Przez to moje pobyty pod wodą były krótsze i szybciej męczyłem się a przede mną była jeszcze jedna trzecia trasy do pokonania. Najgorzej, że była dopiero godzina 22 i w oddalonej o kilkaset metrów przystani widać było że żeglarze jeszcze nie śpią. A ja musiałem koło nich przepłynąć niezauważony (aby nie wzbudzać niepotrzebnej sensacji) i dostać się na jezioro Dargin gdzie o umówionej porze za krzakami miał czekać samochód.

Gdy już dopływałem do ostatniej przed mostem boi zdecydowałem się na ostatnie zanurzenie w Kirsajtach - za mostem jest już jez. Dargin. Boja stoi przy trzcinach naprzeciw przystani, w odległości kilkudziesięciu metrów. Przystań była dość mocno oświetlona, na brzegu kręcili się ludzie, było głośno. Pomyślałem że nikt nie powinien zauważyć poświaty od mojej latarki. Zanurzyłem się i szorując brzuchem po dnie zacząłem płynąć pod wodą w stronę mostu. Po chwili spostrzegłem srebrny odblask światła z granicy dywanu ramienic i mulistego dna. Myśląc że jest to znowu jakiś szczupak schowany pod zielskiem podpłynąłem bliżej do tego miejsca i po raz drugi tej nocy zamarłem w bezruchu. Okazało się że to wystaje kawałek korpusu węgorza. I to jakiego!
Łba ani ogona nie było widać. Z największą ostrożnością, starając się tak operować latarką by promienie światła nie padły bezpośrednio na rybę, wycelowałem i wystrzeliłem. Natychmiast złapałem jedną ręką za strzałę a drugą chwyciłem wijącego się na grotach węgorza i wraz z kupą zielska wyciągnąłem go na powierzchnię.
Dociskając jedną dłonią węgorza do pięciozęba (był przebity na wylot dwoma grotami) tak aby nie dać mu szansy na uwolnienie się, chwilę uspokajałem oddech. Ryba była konkretna, choć nie tak duża jak ta uciekinierka sprzed godziny - później na domowej wadze strzałka pokazała 1,7 kg. Też nieźle. Ale to jeszcze nie wszystko.

Rybę trzeba było zdjąć z grotów i nadziać na nizałkę. Nie jest to łatwe zadanie. Tym bardziej że groty nie uszkodziły rybie żadnych narządów wewnętrznych (przeszły przez nią tuż za jamą brzuszną) i była ona w pełni sił. Węgorz ogonem poplątał linki od latarek z linką od strzały i z łodygami zielska a zębami schwycił za mankiet od rękawa kurtki (tak mi się wówczas wydawało) i silnie szarpał mocnymi skurczami całego ciała.
Zadowolony że jeden koniec tej wijącej się sprężyny sam się unieruchomił (zajęty gryzieniem neoprenu), jedną swobodną ręką mozolnie oswabadzałem z plątaniny drugi koniec. Musiałem uporać się z tym zadaniem po omacku, stale przytrzymując lewą dłonią węgorza na grotach - przecież nie mogłem włączyć latarki bo nie miałem pojęcia kto jest na przystani.
Po kilku minutach, gdy już próbowałem nadziać rybę przez otwór odbytowy na ostrze nizałki, poczułem że puściła ona skafander i złapała mnie zębami za palec, na szczęście chroniony rękawiczką.
Gdy było już po wszystkim chciałem sprawdzić ile czasu mi zabrała cała ta operacja. I tu niespodzianka. Dopiero w tym momencie pojąłem że węgorz był wczepiony zębami nie w neopren lecz w pasek od zegarka. Szukać zguby nie było sensu. Gęsta roślinność i muł na dnie nie dawały nadziei na powodzenie poszukiwań.

W związku z tym że nie wiedziałem która jest godzina, musiałem zakończyć łowy. Przepłynąłem na Dargin i przy trzcinach wyszedłem na brzeg. W krzakach przy drodze przesiedziałem jeszcze ok. 15 minut oczekując na przyjazd samochodu.

Dobrze że ostatnio na nocne nurkowania brałem tani (50zł) chiński zegarek. Miał duży wyświetlacz, mocne podświetlenie i cyfry były lepiej widoczne niż w zegarku nurkowym Citizen Promaster (400 USD), z którym poluję w dzień. W sumie, gdybym tego węgorza kupił w sklepie to też bym zapłacił ok. 50zł. Tak więc bilans tego dnia wyszedł na zero.

Śmiertelna pułapka

Babka, to niewielkie (67ha) i płytkie (maks. głębokość 12m) jezioro leżące w dole po prawej stronie drogi z Kruklanek do Mazuchówki (w odległości 3km od Kruklanek).
Niestety, jedyne trzy łączki z plażami i w miarę wygodnym podjazdem dla samochodu zostały sprzedane i nowi właściciele nie dopuszczają obcych do wody.

Zapoznałem się z Babką pobieżnie w kwietniu, w Wielkanoc 2004r. Wtedy wszedłem na krótko do wody - była niezbyt czysta, widoczność poniżej 2m. Ryb za dużo wtedy też nie widziałem.
Później, gdy jeździłem codziennie samochodem po Mazurach w poszukiwaniu przezroczystej wody, dość często zaglądałem nad to jeziorko. Zaintrygowała mnie stojąca nad brzegiem przyczepa kampingowa. Przecież było jeszcze chłodno, zwłaszcza w nocy.

Pewnego razu, gdy z drogi zauważyłem jakiegoś człowieka rozpalającego ognisko, zjechałem na dół i wdałem się z nim w rozmowę, udając turystę - wędkarza.
Okazało się, że był to miejscowy emeryt, który przychodził pomagać rybakowi - pilnował mu przyczepy, łodzi i sieci, gdy ten odjeżdżał zdawać swój połów do magazynu.
Od tego emeryta dowiedziałem się, że rybak planuje obławiać Babkę przez ponad dwa miesiące, cały kwiecień, maj i początek czerwca.
Ponoć były to odłowy legalne w celu pozyskania tarlaków szczupaka - gospodarkę rybacką na tym jeziorze prowadzi Gospodarstwo Rybackie z Rucianego-Nida, należące do Polskiego Związku Wędkarskiego.
Do Wielkanocy zdążył już odłowić 200 kg węgorza i parę ton szczupaka. Podobno trafiały się ponad dwukilogramowe węgorze i siedmiokilogramowe szczupaki.
Dowiedziałem się jeszcze że Babka jest bardzo rybna i sieciami nie można jej przełowić - w ostatnich latach poziom wody podniósł się o 2-3 metry i w jeziorze jest mnóstwo zaczepów (pnie drzew i krzaki) oraz latem strasznie zarasta podwodnym zielskiem.

Nie bardzo chciało mi się wierzyć, że po dwóch miesiącach pracy rybaka jeszcze zostaną dla mnie jakieś godne okazy ryb. Postanowiłem jednak sam się przekonać pod wodą, gdy tylko rybak zniknie ze swoim sprzętem.
W końcu, nie doczekawszy się jego odjazdu, w niedzielę (była piękna pogoda - słonecznie i ciepło) w połowie maja wybraliśmy się z małżonką, koleżanką i psem na piknik. Postanowiłem wejść do wody z drugiej strony jeziora, tak, by nie zostać zauważonym. Nad jezioro dojechaliśmy polną drogą od wschodniej strony. Do wody musiałem dojść przez zaoraną łąkę i przedrzeć się przez nadbrzeżne krzaki.

Woda była chłodna, ok. 10 stopni, słabo przezroczysta - widoczność tylko miejscami przekraczała 3m. Na płytkiej wodzie, wśród roślinności podwodnej spadała poniżej 2m. Myślę, że było to spowodowane aktywnością mnóstwa rybiego drobiazgu uwijającego się wśród liści i łodyg.
I rzeczywiście, od razu przy brzegach zbiornika było widać że ostatnio poziom wody podniósł się. Mnóstwo kikutów od małych drzewek i krzaków oraz pnie ściętych większych drzew skutecznie utrudniały swobodne pływanie. Dodatkowym utrudnieniem była roślinność podwodna i glony wypełniające przestrzeń między tymi pozostałościami po nadbrzeżnych krzakach.
Dopiero dalej od brzegu, gdzie woda jest głębsza, można swobodnie pływać bez obawy o zaczepy.
Osobliwością Babki są oderwane od podłoża i pływające na powierzchni duże połacie splątanych systemów korzeniowych wraz z wyrastającymi z nich roślinami. Od spodu wyglądem przypominające 40 - 50-cio centymetrowy dywan z torfu unoszący się na powierzchni wody. Z kolei z brzegu jeziora wygląda to jak normalny pas trzcin i krzaków - nic nie wskazuje na to, że pod spodem jest ponad dwumetrowa warstwa wody.

W północno-zachodniej części jeziora linia brzegowa jest bardziej nieregularna. Nadbrzeżne szuwary wcinają się w lustro wody tworząc małe cyple otaczające zaciszne zatoczki. Tutaj też jest największa powierzchnia tych pływających dywanów. Dywany te są tak jakby porozrywane i wśród gęstwiny zarośli trafiają się niewielkie oczka czystej wody.
Od dołu wygląda to bardzo ciekawie, zwłaszcza gdy świeci słońce. Kilka razy zapuszczałem się pod spód i przepływałem od jednego oczka do drugiego, mając nad głową tą plątaninę korzeni i gałęzi, uszczelnioną piaskiem oraz gnijącymi częściami roślin. Miałem nadzieję znaleźć w tych idealnych dla ryb kryjówkach duże okazy szczupaków, linów lub jakiegoś karpia. Jednak zanim wpływałem w te, jakże niebezpieczne miejsca, dokładnie im się przyglądałem. Musiałem upewnić się, czy jest wystarczająco dużo miejsca dla mnie i czy niema jakichś zaczepów. Musiałem też mieć zapewnione kilka dróg ewakuacji w razie nie przewidzianych zdarzeń.

Podczas wentylacji płuc zamykałem oczy, tak, bym później po wpłynięciu w mrok mógł cokolwiek widzieć. A oglądać było co. Miejsca te dostarczyły mi niesamowitych wrażeń.
Pływałam jak w jakimś nierealnym świecie, z maksymalnie wyostrzonymi zmysłami, przeciskając się czasami przez szczeliny między dnem a torfowym sufitem.
Z góry zwisały długie, splątane korzenie, przypominające jakieś kosmate łapy wyciągające się do mnie i starające się mnie uwięzić na zawsze w tych ciemnych tunelach. Głęboki mrok miejscami był rozjaśniany promieniami słonecznymi przedzierającymi się przez dziury w torfie. Światło pod tymi dziurami padało migoczącymi, rozszerzającymi się strumieniami na dno.
Przypominało trochę światło reflektorów samochodowych w nocnej mgle - drobne rybki ukryte w korzeniach strącały organiczną zawiesinę, która z kolei rozpraszała i częściowo pochłaniała promienie słoneczne.
Mogłem podziwiać osobliwości tych miejsc z odległości kilku metrów, choć obrazy przed moimi oczyma były niezbyt ostre (ale gatunki rybek mogłem rozróżnić). Niestety, nie widząc samych ryb, trzy razy wypłoszyłem jakieś większe egzemplarze (sądząc po ilości zbełtanego mułu) i poza tym spotykałem tylko samą drobnicę.

Byłem bardzo zawiedziony nieudanym polowaniem - przecież podjąłem ryzyko penetracji tych niebezpiecznych (dla człowieka wyposażonego tylko w rurkę oddechową) miejsc z wiarą na spotkanie z porządnymi okazami. No cóż, pomyślałem, widocznie duże ryby pochowały się w innej części jeziora lub w Babce pozostała tylko drobnica.

Po godzinie zmieniłem rejon polowania - zacząłem przeczesywać zarośla wywłócznika i grążeli żółtych. W gęstwinach również nie znalazłem większych ryb i po następnej godzinie wyszedłem z wody z mocnym postanowieniem odwiedzenia Babki którejś nocy.

W nocy ryby są lepiej widoczne - wychodzą z dziennych kryjówek wśród roślinności (w nocy rośliny wydzielają dwutlenek węgla i znika zagrożenie ze strony drapieżnych ptaków) i poza tym w świetle latarki łatwiej je zauważyć.
Pod wodą w rozproszonym świetle dziennym nie ma cieni i kontrast jest słaby a na dokładkę natura obdarzyła ryby maskującym ubarwieniem dostosowanym do warunków środowiskowych. Natomiast ewolucja nie wyposażyła ryb w ochronę przed sztucznym światłem - oświetlone, są bardzo dobrze widoczne. Ich jedyną obroną jest natychmiastowa ucieczka. I ostatnio tak ryby reagują, poczuwszy nawet minimalną ilość nienaturalnego światła.
Świadczy to o tym, że nauczyły się unikać nowego zagrożenia. Myślę, że w czystych zbiornikach wodnych ryby nieostrożne, nie uciekające od światła latarek zostały odłowione przez "elektryków" kłusujących w ten sposób, że na łodzi lub pontonie jeden wiosłuje lub steruje elektrycznym silnikiem a drugi świeci pod wodą latarką a w razie zauważenia ryb, włącza "elektryczną wędkę" i później zbiera w podbierak to, co mu się udało zabić.
Oprócz tego na pewno wiele ryb zostało przepłoszonych przez płetwonurków, których jest z każdym rokiem coraz więcej i którzy często nurkują w nocy - nurkowanie nocne jest jednym z obowiązkowych elementów szkolenia. A jeszcze nie tak dawno okonie, węgorze, szczupaki i liny oświetlone latarką stały jak skamieniałe tak, że można było je dotykać ręką.

Chociaż wtedy wyszedłem z jeziora bez ryb, to byłem zadowolony z tego, że poznałem takie ciekawe miejsce.
Na brzegu czekał już na mnie posiłek przygotowany na grillu i napoje chłodzące. Posiedzieliśmy na łące do czasu, aż pojawiły się chmury oznaczające koniec opalania się.

Później, do końca maja jeździłem poznawać inne, okoliczne jeziora i rzeki. Nad Babkę trafiłem w czerwcu, ale o nurkowaniu nie mogło już być mowy. Na brzegu jeziora pojawiły się namioty i przyczepy kampingowe a na wodzie łodzie z wędkarzami. Nocne łowy w babce musiałem odłożyć do września.

W sobotę, 11-go września postanowiłem wreszcie zrealizować swój zamiar. Nad jezioro dojechaliśmy o godz. 20. Żona zatrzymała na chwilę auto a ja złapałem za sprzęt i po stromej skarpie zszedłem na plażę z jedynym na tym jeziorze pomostem.
Noc była ciepła i bardzo ciemna - niebo było zaciągnięte chmurami i zanosiło się na deszcz. Po drugiej stronie drogi jakiś rolnik kombajnem zawzięcie zbierał zboże przy świetle reflektorów, czyniąc przy tym sporo hałasu i co jakiś czas oświetlając nadjeziorne drzewa. Z rzadka szosą przejeżdżały samochody, również oświetlając nadbrzeżne zarośla i czyniąc trochę szumu.

Hałas generowany przez kierowców i kombajnistę oraz co jakiś czas pojawiające się refleksy światła reflektorów skutecznie maskowały moją obecność w jeziorze. Mogłem bez obaw przedzierać się przez gęste zarośla wywłócznika, grążeli żółtej i trzcin - podczas penetrowania podwodnych gąszczy nie uniknie się pluskania i trzeba często silnie przedmuchiwać rurkę w celu pozbycia się części roślin z jej środka.

Zaraz przy brzegu, na płytkiej wodzie, widoczność wydawała mi się dobra (ok. 3 do 4m) i od razu strzeliłem kilogramowego szczupaczka. Niestety, gdy przedarłem się przez 20-sto metrowej szerokości pas zarośli wywłócznika, wypełniających toń wody od dna i na dokładkę tworzących na powierzchni wody gęsty kożuch, przekonałem się, że nie będzie tak dobrze - widoczność spadła poniżej dwóch metrów.
Gdy odpłynąłem trochę dalej od zielska, w stronę środka jeziora, na głębszą wodę, to na głębokości poniżej 4 metrów widoczność wzrastała do 3m i więcej. Po krótkim rozpoznaniu warunków w jeziorze doszedłem do wniosku, że gwałtowny spadek widoczności w strefie od granicy wywłócznika do głębokości 3 -4 metrów został spowodowany aktywnością ryb.
I rzeczywiście, w tym wąskim pasie wody było aż gęsto od drobnicy. Rybki odbijały się od latarki, kuszy, maski i całego mojego ciała - czułem się jakbym jechał na motorze przez rój dużych owadów. Natomiast na głębszej wodzie małych (takich do 10cm długości) rybek już nie było.
Toń wody była pusta i tylko przy samym dnie pływało trochę wymiarowych płoci, krąpi, i niewielkich leszczyków. Gdzie niegdzie na dnie stały małe (poniżej kilograma) szczupaki.

Pomyślałem, że jeśli w tym jeziorze są węgorze i dzisiaj żerują, to mogę je spotkać tylko wśród ławic drobnicy. Większe szczupaki też powinny być w pobliżu. Postanowiłem więc popłynąć zygzakami wzdłuż granicy wywłócznika, nurkując od czasu do czasu w stronę głębszej wody. Jednak po pół godzinie przekonałem się, że taka taktyka jest na nic.
Kilkanaście razy mogłem zobaczyć tylko duże wulkany zbełtanego mułu, nie widząc samych ryb. Sprawcami mogły być węgorze, szczupaki, liny lub leszcze, które wcześniej zdążyły uciec, poczuwszy nienaturalne światło - z powodu słabej widoczności pływałem z włączoną Vegą.

Zmieniłem latarkę na Lumen 4 i taktykę polowania. Nurkowałem na głębokość 3 - 4 metrów i pływałem równolegle nad dnem, mając nadzieję w czystszej wodzie i przy słabszym świetle znaleźć jakieś większe ryby.

Ponieważ byłem w wodzie ponad pół godziny, to już się roznurkowałem i moje pobyty w zanurzeniu były coraz dłuższe. Nie odczuwałem chłodu (woda miała ok. 16 stopni) i byłem zrelaksowany, co też miało wpływ na wydolność mojego organizmu.
Podczas drugiego zanurzenia niespodziewanie w odległości jednego metra od mojego lewego ramienia zauważyłem ok. czterokilogramowego szczupaka. Płynął od strony otwartej i głębszej wody w stronę brzegu - już wcześniej pisałem, że ostatnio coraz częściej spotykam w nocy polujące szczupaki.
Niestety, zanim zdążyłem nakierować kuszę, szczupak zniknął. Zrobiłem dwa kółka w pobliżu tego miejsca, ale już go nie znalazłem. Za to spłoszyłem kilogramowego węgorza, który też płynął w stronę płytszej wody.
- Oho, nie jest źle, pomyślałem. Bez pośpiechu, w pełni rozluźniony i przekonany, że tej nocy nie wyjdę z wody na pusto, kontynuowałem polowanie z większą uwagą obserwując dno. W zapale zapomniałem przy tym kontrolować swoje otoczenie nad wodą i ta moja beztroska o mało nie kosztowała mnie życie.

Podczas kolejnego zanurzenia, gdy przepłynąłem nad dnem ok. 30 - 40 metrów i organizm domagał się już świeżego powietrza, skierowałem się w stronę powierzchni wody, cały czas obserwując przestrzeń pode mną i z boków.
Raptem dostałem takiej dawki adrenaliny, że aż zamarłem bez ruchu na sekundę. Poczułem, że od góry coś mnie trzyma i nie puszcza w stronę życiodajnego powietrza. W tym samym momencie widoczność spadła do zera.
- Co jest? Co to takiego?
W pierwszym momencie zgłupiałem, po omacku szarpnąłem się raz w lewo, raz w prawo, potem próbowałem się obrócić o 180stopni, skutkiem tego całkiem straciłem orientację i jeszcze bardziej zmąciłem wodę. W świetle latarki, tuż przed maską, zobaczyłem zwisające z góry, ledwie widoczne w mętnej wodzie, korzenie.

Myśli przelatywały przez głowę z prędkością świetlną. Czułem, że zaraz się utopię, jeśli dalej będę działał nieprzemyślanie, w panice. Wiedziałem już, że wpłynąłem pod sufit utworzony przez oderwane od dna przybrzeżne szuwary. Tylko w którą stronę się skierować, by dostać się do powietrza? Jak szeroki jest ten sufit? Przecież miotając się po omacku stracę resztkę sił i koniec.

Musiałem się opanować i coś zrobić, by nie stracić życia. Upuściłem kuszę, wypuściłem latarkę - dobrze że była przywiązana do przegubu. Lewą dłonią po omacku chwyciłem się za jakiś grubszy konar a prawą rękę zacząłem przeciskać do góry przez plątaninę korzeni i gałęzi, uszczelnioną piaskiem i gnijącymi szczątkami organicznymi.
Po chwili, gdy poczułem, że już ręka wniknęła w tą masę aż za łokieć, udało mi się nią przebić na wylot. Natychmiast obok prawej ręki zacząłem wciskać i lewą. Gdy i to się udało, zacząłem rwać korzenie i całą resztę w dół, jednocześnie przeciskając do góry głowę. Uważałem przy tym, by nie zerwać sobie maski. Podświadomie czułem, że jak pod powierzchnią natrafię na jakieś grubsze przeszkody, które nie przepuszczą mojej głowy, to może chociaż samą fajką dotrę do powietrza.
Jakoś mi się to udało, choć sam nie wiem jak? Fajka się wygięła pod naporem przeszkody a maska tylko trochę się zsunęła. Może dlatego, że zębami mocno trzymałem ustnik?
Udało się! Moja głowa jeszcze tkwiła wśród korzeni pod wodą a fajkę już mogłem przetknąć do powietrza. Zrobiłem silny wydmuch, by pozbyć się z wnętrza fajki śmieci i nareszcie mogłem oddychać. Kilkadziesiąt sekund wentylowałem płuca i gdy oddech mi się wyrównał, zacząłem dalsze działania w celu wyswobodzenia się z tej pułapki.

Przebiłem na powierzchnię najpierw głowę a później prawie pół tułowia. Odpocząłem i poświeciłem wokoło latarką (na szczęście jej nie oberwałem).
Okazało się, że trzy metry dalej za trzciną jest czyste lustro wody. W pierwszej chwili chciałem jak najszybciej wydostać się na otwartą wodę. Jednak po chwili zacząłem myśleć bardziej racjonalnie.

Przecież udało mi się już uratować życie a na dole została jeszcze moja kusza. Szkoda mi się jej zrobiło, bo sezon łowiecki jeszcze nie był zakończony. Jeśli chciałem ją odzyskać, to musiałem jakoś zaznaczyć to miejsce, i to tak, bym później mógł je znaleźć.
Oczywiście, z początku nawet nie myślałem o tym, by próbować poszukiwań na bezdechu, nawet w dzień. Chciałem tu przyjechać z butlą, automatem i kołowrotkiem.
Ale jak to zaznaczenie zrobić? Wokoło jednakowe trzciny, wiec musiałem zrobić znak na krawędzi zarośli, tak, by był od strony jeziora widoczny z daleka. Zanim zacząłem przebijać się do otwartej wody, wyszukałem przy swojej dziurze gruby korzeń i przywiązałem do niego włączoną latarkę, w ten sposób, że była zanurzona w wodzie i świeciła prostopadle w dół a promienie odbitego od mętnej wody światła dobrze oświetlały trzcinę wokoło dziury.

Początkowo przebijanie się przez zarośla było trudne, lecz im było bliżej krawędzi tym warstwa korzeni i pozostałego chłamu była cieńsza i rzadsza. Pewnie na skutek wymywania przez fale. Ostatni metr rozstąpił się pod moim ciężarem jak kawałek przełamanej kry.

Po wydostaniu się na otwartą wodę odpłynąłem kilkanaście metrów w bok, wzdłuż krawędzi pływających trzcin i usiadłem na jakimś poziomym konarze zwalonego drzewa w celu odpoczynku.

Jak mogłem dopuścić do takiej sytuacji? Czy nie mogłem jej uniknąć? Jakim cudem wpłynąłem w tę pułapkę? Przecież niedawno sam pisałem na swojej stronie internetowej o ty, że w takich miejscach corocznie topi się kilku podwodnych łowców w Rosji i na Ukrainie.
Innych ostrzegałem a sam mało się nie utopiłem. A co bym zrobił, jeśli warstwa korzeni była by grubsza i bardziej ścisła? Co by zrobiła moja żona gdybym nie wyszedł z wody?
Pewnie płetwonurkowie wezwani na poszukiwania po paru dniach znaleźli by moje zwłoki. Ot, takie i podobne myśli mnie nachodziły, gdy tak sobie siedziałem i odpoczywałem.

Po kilu minutach, gdy już całkiem się uspokoiłem, zacząłem się rozglądać za czymś, co mógłbym wykorzystać do zaznaczenia miejsca utopienia kuszy. Nic nie znalazłem, więc pomyślałem, że trzeba jakoś powiązać trzciny, obłamać pobliskie gałęzie itp.
Pomalutku podpłynąłem do wybitego kanału w szuwarach, starając się nie mącić wody. A ta już zdążyła przez te kilkanaście minut wyklarować się, tak że jeszcze nie dopływając do krawędzi, mogłem zobaczyć jasną poświatę od mojej latarki.
Ostrożnie zajrzałem pod spód i stwierdziłem, że widoczność na tyle się poprawiła, iż mogę od razu spróbować odzyskać kuszę. Jeśli będę przeszukiwał dno i zmącę wodę to i tak od góry będzie oświetlone miejsce, gdzie będę mógł zaczerpnąć powietrza. Zdążyłem jeszcze pomyśleć, że nazajutrz jest niedziela i na wodzie z pewnością będą wędkarze. Lepiej było by nie wzbudzać sensacji i warto podjąć od razu próbę.

Bez dłuższego zastanowienia, tak też zrobiłem. Kusza powinna leżeć na wierzchu, gdyż wraz ze strzałą i kołowrotkiem ma pływalność ujemną ale nie na tyle, by się głęboko wryć w muł. Kuszy ze skraju pływających trzcin nie było widać. Prawdopodobnie została przysypana materiałem wyrwanym podczas przebijania się do powietrza.
Gdybym zachował zimną krew w momencie gdy poczułem że jestem pułapce, to powinienem przed upuszczeniem kuszy wystrzelić. Wtedy strzała by leżała w mule a sama kusza unosiła by się pod sufitem i łatwo bym ją znalazł, tym bardziej, że linka od strzały była pomarańczowego koloru.
Niestety, nie ma lekko, pomyślałem i wpłynąłem znowu w tę pułapkę, tylko że tym razem świadomie. Podpłynąłem na jeden metr od miejsca, gdzie padało światło latarki i zacząłem obmacywać wokoło dno pokryte grubą na 20cm warstwą mułu. Jak było do przewidzenia, momentalnie spadła widoczność i byłem zdany tylko na zmysł dotyku. Za pierwszym podejściem kuszy nie udało się odnaleźć. Podpłynąłem do góry, do światła i dalej na otwartą wodę.
Tam odczekałem znowu kilka minut, aż muł opadnie i powtórzyłem całą operację, tylko że za drugim razem wpłynąłem głębiej, za plamę światła.
Gdy już zrezygnowany chciałem zawracać, prawym ramieniem wyczułem jakiś twardy przedmiot - była to moja kusza.

Dopiero później, gdy już płynąłem do brzegu, zdałem sobie sprawę, jakie (z lenistwa) głupie i niepotrzebne ryzyko podjąłem próbując odszukać kuszę w takich warunkach.
A co by było, gdyby w latarce przepaliła się żarówka akurat wtedy, gdy ryłem w mule? Przecież w poprzednim sezonie już raz mi się przepaliła, zaraz po wejściu do wody. Urządzeniom technicznym, jakie one by nie były, nie można ufać - wielu płetwonurków utonęło, myśląc przedtem, że mają niezawodny sprzęt i nic im się nie może przytrafić.

I tak płynąc i wyzywając się w duchu od najgorszych idiotów, zbliżałem się do miejsca, w którym dwie godziny wcześniej wszedłem do wody. Przed samym wyjściem strzeliłem jeszcze jednego szczupaczka, chyba ze złości. Jeszcze wychodząc na brzeg, postanowiłem sobie wrócić nad Babkę w dzień i lepiej poznać całe to jezioro w bezpieczniejszych warunkach.

Gdy teraz, po dwóch miesiącach od tamtego zdarzenia piszę te słowa, to jeszcze odczuwam emocje z nim związane. Przecież byłem o krok od śmierci przez swoją lekkomyślność i pewność siebie. Zlekceważyłem podstawową zasadę - nie wolno w nocy polować w nieznanych miejscach. A ja to jezioro poznałem wcześniej tylko pobieżnie, i w dodatku z drugiego jego końca.

Okazało się, że w północno-wschodniej części jeziora jest odcinek, gdzie między pływającymi szuwarami a głębokim, czystym dnem nie ma na stoku podwodnych roślin, które by mnie w porę ostrzegły o tym, że zbliżam się do niebezpiecznego miejsca. Beztrosko sobie nurkowałem nad dnem w przekonaniu że do niebezpiecznych brzegów jest jeszcze daleko.
Z powierzchni wody nie mogłem określić odległości do trzcin, gdyż było zbyt ciemno. Miałem wielkie szczęście. Ale oprócz szczęścia, w uratowaniu się pomógł mi pewien nawyk. Otóż nigdy nie przebywam w zanurzeniu do granicy wytrzymałości. A w nocy wypływam na powierzchnię przy pierwszym sygnale o braku powietrza, czyli gdzieś po 2/3 mojej średniej wytrzymałości.

Jak widać, nigdy nie wiadomo kiedy te kilkadziesiąt sekund zapasu może się przydać.

Przebojowa noc

Na moje 20-te nurkowanie w tamtym sezonie postanowiłem wybrać się wieczorem w sobotę 23-go maja 2009r. Umówiłem się z Adamem i Rafałem że przyjadą do mnie ok. godz. 20-tej. O umówionej porze zadzwonili że będą później bo dopiero wyjechali z Londynu. Spóźnią się przez Rafała, bo dzień wcześniej zdrowo zalał pałę i nie mógł się zebrać na czas.
Gdy chłopaki dojechali pół godziny przed 22-gą to okazało się że obaj zapomnieli zabrać swoje pasy balastowe. Dobrze że u mnie w garażu był pas mojego syna akurat z takim obciążeniem jakie potrzebował Adam. Dla Rafała balast skombinowaliśmy z moich różnych ciężarków oraz z Adama starego pasa który szczęśliwie miał w torbie. Dodam jeszcze że w pierwszej chwili chciałem zabrać stary, wypróbowany 7mm skafander ale że brakowało ciężarków dla Rafała to wziąłem swój nowiutki, nie wyważony 5mm Picasso Elite. Myślałem że cieńszy skafander będzie miał dużo mniejszą wyporność więc na oko zdjąłem z pasa 3kg ołowiu.
Po półgodzinie mogliśmy wreszcie ruszyć w drogę - na zachód w stronę hrabstwa Dorset. Podczas jazdy dyskutowaliśmy nad wyborem celu podróży. Decyzja zapadła dopiero po godzinie gdy zatrzymałem się na rozdrożu ze znakami drogowymi - prosto do Swanage, w prawo do Kimmeridge. Rafał przechylił szalę na korzyść Kimmeridge przypominając nam że tam jest mnóstwo homarów które teraz w nocy na pewno powyłaziły z dziur.
Po następnych 20 minutach byliśmy na miejscu. Sprawdziliśmy wodę i okazała się mętnawa.
- Jedziemy do Lulworth Cove około 10km dalej - zdecydowaliśmy. Jeśli tam też będzie lipa to następnym miejscem będzie Chesil Cove.

W LC woda była czysta więc zostaliśmy. Ubieranie nowego skafandra poszło mi niespodziewanie sprawnie. Zabrałem boję pod którą podczepiłem kołowrotek z 1kg ciężarkiem oraz dużą siatkę na skorupiaki i 20 minut po północy wreszcie wlazłem do wody.
Odpłynąłem jakieś 100 m od brzegu i próbowałem dać nura. Przy wykonywaniu scyzoryka czułem że nawet niecałe płetwy wchodzą pod wodę.
- Może powietrze jest uwięzione pod skafandrem i zwiększa wyporność? Zanurkuję kilka razy głębiej to powietrze wyjdzie – pomyślałem.

Odpłynąłem na środek zatoki gdzie było ok. 5m głębokości (był akurat odpływ). Nagle zobaczyłem pod sobą spore stado wymiarowych rdzawców. Dałem nura i kilkoma silnymi kopnięciami dotarłem do dna. Czułem że cały czas wyporność ciągnie mnie do góry a przecież na tej głębokości już powinno być dobrze.
Ryby rozpierzchły się ale widoczność była na ok. 8m więc szybko je zlokalizowałem. Popłynąłem w stronę kilogramowego osobnika i wystrzeliłem. Trafiony! Ale w następnym ułamku sekundy zza rdzawca pokazał się ok 3-4kg bas który najwyraźniej czaił się na tą samą ofiarę.
Nie miałem już siły dłużej walczyć z wypornością i gwałtownie potrzebowałem oddechu. Zostawiłem na dnie miotająca się na strzale rybę i popłynąłem na powierzchnię. Po chwili spojrzałem w dół i ryby już nie było - zerwała się. Naciągnąłem strzałę i po kilku następnych nurkach trafiłem na stado półmetrowych basów. Ale nie mogłem do nich zbliżyć się na oddanie skutecznego strzału.

Byłem już tak wściekły na siebie że postanowiłem wracać na brzeg. Siatkę i boję schowałem do bagażnika a ciężarek od boi powiesiłem na pasie. Zabrałem też małą siatkę mocowaną podobnie jak pas i poszedłem znowu do wody.
Było trochę lepiej ale niewiele. Znowu zawróciłem w stronę brzegu. Przy plaży wyszukałem ładny, okrągły kamień o objętości ok. 1,5 litra który wsadziłem do siatki. Było lepiej ale jeszcze za mało więc dołożyłem drugi, podobnej wielkości i nareszcie mogłem nurkować. Czułem się jak kangur z tą torbą kamieni po brzuchem.

Upolowałem dwa basy i cztery płastugi gdy zobaczyłem że niebo jaśnieje - koniec łowów, chłopaki pewnie już czekają na brzegu - pomyślałem.
Miałem nadzieję że któryś będzie mnie wypatrywał i zrobi mi fotografię z tym moim improwizowanym balastem. Ale nie, koledzy już spali w aucie. Gdy ich obudziłem to usłyszałem ciekawe rzeczy.

Rafał wszystkiego był w wodzie ok. pół godziny - jeszcze na płytkiej wodzie spadł mu pas a gdy po kilku próbach dosięgnięcia go na dnie wreszcie go uchwycił to wypuścił z ręki latarkę (moją ulubioną, pierwszą jaką kupiłem sobie 15 lat wcześniej) a ta z kolei gdy uderzyła o kamień to zgasła.
Próbował bezskutecznie ją znaleźć wśród zielska i kamieni przy pomocy drugiej, małej diodowej. Lecz ta szybko siadła. Biedny Rafał nie miał innego wyjścia jak zakończyć nurkowanie.
Po przebraniu się usiadł na pomoście przy plaży i oczekiwał na nas. Po 2 godzinach pojawił się Adam. Wychodził z wody tuż pod pomostem i Rafałem na nim siedzącym. Gdy kładł kuszę na pomoście ta nagle wystrzeliła i strzała trafiła Rafała w pietę. Na szczęście nie przebiła kości.

Jak do tego doszło? Adam zapomniał o podstawowej zasadzie że kusze należy rozładować pod wodą przed wyjściem na brzeg. Ten błąd mógł się skończyć dla nich obu tragicznie – śmiercią lub kalectwem Rafała i więzieniem dla Adama. Wystarczyło by tylko gdyby kusza była odchylona na zaledwie kilka centymetrów w którąkolwiek stronę w momencie wystrzału. Tak niewiele brakowało!

Później, w Londyńskim szpitalu po prześwietleniu stopy okazało się że faktycznie kość pozostała cała. Rafał dostał zastrzyk przeciwtężcowy i Adam odwiózł go do domu.

Extreme

W pierwszy piątek września 2010r wybrałem się na półwysep zwany wyspą Portland, na sam jego koniec. 55km w jedną stronę z mojego biwaku koło Kimmeridge. Od tygodnia wiał wschodni południowo-wschodni wiatr więc byłem pewny że zachodnia strona półwyspu będzie spokojna. Tym bardziej że w dzień wcześniej nurkowałem w Chesil Cove i miałem tam dobrą widoczność pod wodą - ok. 8 do 10m i to pomimo długich, atlantyckich, szczególnego rodzaju fal  - po angielsku "ground swell". Niestety, wtedy nie widziałem nic do ustrzelenia więc następnego dnia postanowiłem zbadać nowe miejsce.

Na godzinę przed High Water do wody wskoczyłem tutaj: http://www.panoramio.com/photo/23788748 a to z drugiej strony: http://www.panoramio.com/photo/7781402
Nie powstrzymało mnie nawet to: http://www.panoramio.com/photo/24784878

Już podczas przebierania się na parkingu podszedł do mnie ochotnik-obserwator wybrzeża i spytał się czy na pewno wiem co chcę zrobić? Czy zdaję sobie sprawę że akurat jest najmocniejszy prąd? Ja mu na to że jak najbardziej, że dam radę i żeby się nie martwił.

Wybrałem czas by być w wodzie przed szczytem przypływu bo ktoś mi powiedział że wtedy koło Portlan Bill'a przechodzą wielkie basy i mulety.
Gdy doszedłem do skraju skały to zobaczyłem że przeklęte swell'e były kilka razy większe niż w Chesil Cove. Ale co robić? Skoro już się przebrałem i zapłaciłem za parking to trzeba spróbować.

Poczekałem na najwyższą swell'ę która doszła do krawędzi na której stałem i wskoczyłem na jej szczyt. No i zaczęło się - prąd porwał mnie od razu w stronę Pulpit Rock. Musiałem z całych sił machać płetwami by przybliżyć się do skał, gdzie prąd był trochę słabszy. Na skałach swell'e rozbijały się i woda wyglądała jak woda sodowa dopiero co nalana do szklanki z syfonu.

Wzdłuż skał popłynąłem w prawą stronę, za cypel, bo tam spodziewałem się słabszego prądu. I rzeczywiście tak było. Mogłem zacząć zanurzenia. Powiem tak - BYŁO WARTO! Dla samych widoków. Coś wspaniałego. Podwodny krajobraz najciekawszy jaki dotąd widziałem w Anglii. Wyglądało tam jak w raju dla łowców tylko dużych ryb brakowało.
Nurkowałem do  8 metrów i tam łapałem się za kamienie albo łodygi największych wodorostów jakie widziałem w Anglii. Niestety, skupić się na wypatrywaniu ryb nie mogłem bo nawet na tej głębokości rzucało mną jak chorągiewką na wietrze.

Po godzinie zaczęły pojawiać się cefale. Strzeliłem do jednej i załatwiłem sobie strzałę - nie zauważyłem że za rybą była skała. Nie widziałem skały bo była przesłonięta kelpem. No i trzeba było myśleć jak tu wyleźć ze wzburzonej wody na skały.

Opłynięcie półwyspu nie wchodziło w rachubę bo z drugiej strony były jeszcze większe fale i też ciężko było by znaleźć bezpieczne miejsce do lądowania.
Znowu poczekałem na najwyższą falę (co siódma była znacznie większa od normalnych) i dałem się rzucić na skalną półkę. Kuszę wrzuciłem na wyższą półkę i dłońmi wczepiłem się za jej krawędź. W ten sposób nie dałem się ściągnąć powracającej wodzie. Następną falę wykorzystałem do podrzucenia mnie do połowy ścianki i jakoś się wdrapałem na suchą skałę. Zdjąłem płetwy i zacząłem wspinać się wyżej.

Ze skalnych półek powyżej usłyszałem oklaski. To wędkarze i turyści krórzy obserwowali moje zmagania z falami wyrażali w ten sposób swoje uznanie. A zebrał się tam ich spory tłumek.

Do auta wróciłem zmęczony ale jednocześnie podekscytowany i dumny z siebie. Znalazłem następne wspaniałe nurkowisko i wlazłem do niego wtedy gdy nawet o połowę młodsi ode mnie nigdy by się nie odważyli. Wyszedłem z tego wariactwa cały i na dodatek miałem rybę.

Nocny spacer

Na początku lipca 2010r wyczaiłem najcieplejszą zatokę w mojej okolicy. Gdy w ulubionych łowiskach temperatura wody trzymała się w oklolicy 15 stopni to w Studland Bay dochodziła do 20! I to zaledwie w odległości 20 kilometrów od Kimmeridge.

Do tamtej pory jakoś omijałem to miejsce ze względu na duże tłumy plażowiczów i ruch wodniaków. Omijałem tę zatokę nawet pomimo tego że jest tam malownicze miejsce zwane Old Harry Rocks które rozdziela dwie zatoki - Studland Bay i Swanage Bay.
By dostać się do tych białych klifów trzeba conajmniej godzinę płetwować z South Beach. Płynie się tam lekko bo przeważnie z prądem ale powroty to już wysiłek niemały. Zwłaszcza podczas Spring Tide - lżej pływa się w górę Drawy, Brdy czy Krutyni.

Pod koniec lipca 2010r, w nocy, upolowałem tam basa, flądrę i węgorza. Zwróciłem wtedy uwagę na mnóstwo pancerzy krabów (Spider Crab) walających się na dnie i samych krabów chowających się w morskiej trawie.
MASOWE LINIENIE! W polskich wodach, gdy takie zjawisko zachodzi to najlepszy czas na węgorze, szczupaki, liny, karpie - ryby te mają wtedy niezłą wyżerkę na bezbronnych rakach.
Pomyślałem że tutaj musi być podobnie i postanowiłem to sprawdzić gdyż byłem pewny że tak wielka koncentracja liniejących krabów musi przyciągać sporo ryb.
I miałem rację. Kolega (Wiesiek z Bournemouth) nawet w biały dzień upolował tam dwa kilowe węgorze i widział jak jeden z nich na żywca obgryzał dużego kraba.

Ja jednak takie miejsca wolę odwiedzać w nocy.
Są trzy powody: 1) na węgorze w Anglii nie wolno polować przy pomocy harpunów więc noc skrywa takie nielegalne działanie, 2) w nocy nie ma plażowiczów i jest bezpieczniej bo nie ma także skuterów wodnych, narciarzy, wędkarzy itp., 3) w nocy na takich płyciznach jest duża szansa na ryby których nie spotka się w dzień (flądry, sole, gładzice, Red Mullet, John Dorry).

W środę, 30-go lipca, wyjechałem z domu o godz. 0:40. Po 70 minutach jazdy pustymi drogami byłem na miejscu.
Szybko przebrałem się i zmieniłem baterie w głównej latarce (Vega 2). Jako zapasową zabrałem United Kineticks na 6 baterii. O pierwszej zamknąłem samochód i ruszyłem szybkim krokiem w dół uliczki do wejścia na ścieżkę prowadzącą do plaży.
Na ulicy są latarnie wiec latarki nie używałem ale na ścieżce musiałem sobie poświecić. Włączyłem Vegę a ona po kilku sekundach zgasła.
- No nie, co za złośliwa franca! – pomyślałem. Akurat teraz, gdy spieszę się by dotrzeć do Old Harry'go przed High Water (który miał być o 3-ciej) musiała nawalić!

Rozbierałem, sprawdzałem, odginałem styki i nic, dalej nie świeciła. Żarówka wyglądała na dobrą ale musiała być przepalona - pierwszy raz po 15 sezonach.
- Trudno, muszę się obyć jedną lampką – pomyślałem. Wróciłem do auta i zostawiłem bezużyteczną Vegę. Tak zmarnowałem pół godziny. Potem, już w wodzie, znowu rozczarowanie - tam gdzie miały być płastugi czyli na piasku i wśród rzadkiej trawy, nie było nic.
- Nic to nie znaczy- pomyślałem - jeszcze za wcześnie. Podejdą z przypływem. Przyspieszyłem w stronę Old Harry'ego.

Jakieś 200m przed celem zaczęły pojawiać się małe i średnie basy, takie od 25 do 35cm. Ignorując je popłynąłem dalej a tam coraz więcej basów.
Postanowiłem nie tracić czasu na drobnicę tylko dotrzeć do moich ulubionych podwodnych zarośli i tam poczekać na prawdziwe BASY!
Po drodze, wśród głazów pokazywały się spore węgorze ale nie chciały wyjść na piasek bym mógł do nich strzelać. Koło krzaków zaczęły przepływać coraz częściej stadka basów. I coraz większe.
W końcu strzeliłem jednego, ok. 60cm i na tym koniec. Jedyna latarka szybko zaczęła słabnąć by po chwili całkiem zgasnąć. Trzeba było odtrąbić odwrót.

Przynajmniej półtora godziny pedałowania pod prąd przez super łowisko bez szansy na zobaczenie czegokolwiek.

Księżyc jasno świecił (pełnia), białe klify w jego blasku błyszczały, lekkie fale pluskały a spłoszone przeze mnie ptaki latały nad klifami i darły się wniebogłosy. Tylko mi jakoś tak ciężko było się zrelaksować.

Znowu zły na siebie byłem że pozostałe moje latarki nie były w bagażniku tylko zostały w przyczepie kampingowej. Był to mój drugi raz w życiu gdy wszedłem do wody w nocy tylko z jedną latarką i drugi raz pedałowałem przez kawał wody po ciemku (pierwszy raz na Mamrach). Tylko dwa razy przepaliły mi się żarówki i zdarzyło się to w najbardziej nieodpowiednim miejscu i czasie, gdy nie miałem przy sobie zapasowej latarki. Na kilkaset łowieckich nocek. To się nazywa pech.

Nieoczekiwane spotkanie

Pod koniec kwietnia 2009 roku, wraz z siedmioma kolegami z klubu płetwonurków Cockleshell Divers z Portsmouth oraz moją rodziną wyjechaliśmy na tygodniowy urlop do Mullion na półwyspie Lizard w Kornwalii.

Jednego dnia, pod wieczór, samotnie wybrałem się na nocne łowy do Penzance. Nurkowałem na rafie koło basenu pływackiego. Głębokości do 8 metrów w porze przypływu. Widoczność wtedy była na ok. 11-12 metrów a temp. wody 11 stopni.
Zanurzyłem się 20 minut po 20-stej naprzeciwko Lugger Hotel i popłynąłem wzdłuż muru do rafy na której zrobiono letni basen pływacki.
Przezroczystość wody uradowała mnie ale nie na długo. Nie widziałem nic oprócz kilku małych rdzawców i wargaczy a przecież spodziewałem się że wraz z przypływem przyjdą basy i cefale.
Postanowiłem nie używać jeszcze latarki ponieważ mimo zmroku widziałem pod wodą dalej niż zasięg mojej kuszy.

O 8-45, gdy płynąłem w połowie toni wzdłuż skalnej ściany, będąc na głębokości ok. 3-4 metrów i chciałem już wynurzyć się to zauważyłem pode mną (ok. 4 metry głębiej), przy dnie jakiś ruch.
- Wielka ryba! - ucieszyłem się. Dobrze ponad metr długa i gruba! Płynęła powoli w moim kierunku.

Z wrażenia zapomniałem o potrzebie oddechu. Jedyne co pomyślałem, to czy dam radę ją utrzymać po wystrzale. Postanowiłem poczekać i dobrze wycelować w kręgosłup, tuż za łbem. Dodaję że było już dość ciemno i widziałem tylko ciemny rybokształtny cień nad jaśniejszym dnem.

Po chwili zdębiałem tak, że zapomniałem o kuszy. "Ryba" odbiła się od dna i popłynęła w górę prosto na mnie. Zatrzymała się metr od mojej maski i wtedy zobaczyłem wielkie smutne oczy i śmieszne wąsy.
- Ku**a - FOKA! Jaka WIELKA! Miała lekko ze 100kg! Nie odpłynęła nawet wtedy gdy włączyłem latarkę. Przygladała mi się z wielką ciekawością.

Pływaliśmy tak sobie wokoło rafy jeszcze z 15 minut i w końcu postanowiłem zakończyć to spotkanie. Chciałem upolować jakieś ryby więc dalsze towarzystwo foki, gdy już się nacieszyłem nim, było niewskazane. Wiedziałem z relacji Anglików że foki często za nimi pływały i kradły im ryby z nizałek.

Odpłynąłem od rafy w stronę głębszej wody i piaszczystego dna z nadzieją na jakieś płastugi (flądry, sole, raje, gładzice). Było już całkiem ciemno i zapomniałem o foce - myślałem że została przy rafie. Ale gdzie tam, gdy po jakimś czasie poświeciłem latarką po powierzchni wody w poszukiwaniu boi od r ybackich sieci (by w nie nie wpaść), zobaczyłem znowu wąsatą mordę podobną trochę do psiej, jakieś 10 metrów za mną. Cholera pływała za mną!

20 minut po 22-giej wyszedłem z wody z pustą nizałką ale i tak uważam tamto nurkowanie za jedno z najciekawszych w moim życiu. No i miałem szczęście że nie strzeliłem od razu bo Angole by mi dali większy wyrok niż za człowieka, gdyby się wydało że ubiłem fokę.

Sting Ray

Pewnej majowej nocy 2010 roku o mało nie upolowałem swojej, jak do tej pory, największej ryby.
Po obiedzie zdecydowałem że wybiorę się na łowy do Bognor Regis - prognoza była zachęcająca. Miałem też nadzieję że woda tam będzie cieplejsza niż na wybrzeżu hrabstwa Dorset - poprzedniego dnia ponurkowałem 2,5 godziny w Lulworth Cove i woda miała tylko 10 stopni.
I rzeczywiście, woda w Bognoe R. miała 12 do 13 stopni ale widoczność była tylko na 3 do 5m podczas gdy dzień wcześniej miałem komfortowe 12m.
Widoczność gorsza ale za to mnóstwo ryb. Od razu napłynąłem na metrowego rekinka Dog Fish który przemykał między skałami. W locie do niego strzeliłem i spudłowałem - strzała zamiast w rybę walnęła w głaz. Dobrze że grot tylko się stępił a strzała pozostała prosta.
Jakieś kilkanaście minut później strzelałem do następnego, trochę mniejszego i też spudłowałem. Płynąłem dalej w morze walcząc z prądem przypływu. Musiałem pracować płetwami jak pod prąd w górskiej rzece.

Zaglądałem w dziury wymyte pod skałami i udało mi się wygrzebać 4 homary. Rdzawce i wargacze ignorowałem. Odpuściłem tez dużej belonie. Chciałem upolować coś solidniejszego. No i gdzieś po 2,5 godzinie, gdy już wracałem do brzegu i dałem nura pod skałę w nadziei na 5 homara, kątem oka zobaczyłem wielką raję leżącą na piasku ok. 3m z boku.

Schodząc do dna zrobiłem zwrot ale ryba wyczuła co się święci i podnosząc chmurę piachu odpłynęła. Wiedziałem że jak jest jedna to gdzieś w pobliżu musi ich być więcej. Zakotwiczyłem boję i tym razem omijając skały sprawdzałem tylko piaszczyste łachy.

Po kilku nurkach zauważyłem następną. Leżała przysypana częściowo piaskiem. Wyraźnie widać było koniec ogona z kolcem, oczy i pręgę kręgosłupa. Po chwili zauważyłem też zarys skrzydeł. Zawisłem nad nią i przyglądałem się czy dam radę tę rybkę ustrzelić i wyciągnąć. Trudno byłoby nie trafić ale miałem mocno stępiony grot i kuszę gumówkę bez kołowrotka a ryba miała w korpusie ok. 1,2m szerokości. Tak mi się przynajmniej zdawało. Szacowałem ją na kilkadziesiąt kilogramów, niemniej niż 30-40.
- Nie ma co się dłużej zastanawiać - pomyślałem - bo prąd mnie znosi a jak zacznę machać płetwami to ta też mi ucieknie.
- Najwyżej stracę strzałę albo i całą kuszę - pomyślałem - ale jak dobrze trafię w kręgosłup to mam szansę na swoją największą rybę w życiu. Później ją jakoś doholuję na plażę, przydepnę ogon i spróbuję odciąć kolec jadowy - planowałem.

Wycelowałem i strzeliłem w momencie gdy ryba zaczęła objawiać znaki niepokoju. Strzała trafiła dokładnie tam gdzie chciałem ale najwidoczniej ominęła kręgosłup (krzywy grot). Ryba spokojnie podniosła się i pociągnęła mnie za sobą jak czołg. Przez chwilę próbowałem za nią nadążyć ale brakło mi tchu i musiałem się wynurzyć. Dałem tym rybie opór i nawet amortyzator nie pomógł - poczułem silne szarpnięcie i było po wszystkim. Na piórach od grotu strzały pozostał mi tylko strzęp białego mięsa.

W drodze powrotnej do domu zajechałem na copiątkowe wieczorne spotkanie klubowe (klubu płetwonurków w Portsmouth) w pubie. Przy piwku dowiedziałem się od kolegów (miejscowych Angoli) że raje tu przypływają każdej wiosny i pozostają od 4 do 6 tygodni. Widywali nawet takie po 2,5 m rozpiętości!

Mocno podekscytowany, z zamiarem powrotu na to łowisko następnego dnia z odpowiednią kuszą, wróciłem do domu. Siadłem przy komputerze i zacząłem serfować po Sieci w poszukiwaniu informacji o Sting Ray.
Im więcej czytałem na temat walorów kulinarnych tych ryb i ryzyka jakie niesie spotkanie z ich kolcem tym bardziej mój entuzjazm gasł.

Zanim położyłem się spać wiedziałem już że te raje lepiej podziwiać żywe w ich naturalnym środowisku i do tego z bezpiecznej odległości.

Spustoszona Rzeka

W 2010 roku data Turnieju o Puchar Prezesa SSP została wybrana nierozważnie (nie bez mojej winy). Trafiło na pełnię. Niby nic takiego ale jednak zawsze w dni kiedy księżyc jest w pełni albo w nowiu to pogoda zmienia się i co najważniejsze – ciśnienie atmosferyczne też. A wiadomo że ryby są bardzo wrażliwe na skoki ciśnienia. Zaprzestają żerowania, odchodzą w głębszą toń, chowają się w głębokich dołach lub pod dywanami ramienic.
Gdzieś czytałem że brak apetytu jest związany z koniecznością wyrównywania ciśnienia w ich pęcherzach pławnych. Ryby lepiej wyczuwają nadchodzace zmniany pogody niż najlepsze barometry i dlatego niektóre drapieżniki, zwłaszcza sumy, szczupaki i węgorze tuż przed burzą wychodzą nażreć się na zapas. Później, po burzach nie było szans na złowienie porządnych ryb, nawet przez kilka dni. Doskonale o tym wiedzą wędkarze.
 
Do Polski przyjechałem tydzień przed Turniejem. Chciałem odwiedzić kilka swoich ulubionych akwenów i spenetrować parę nowych. Czułem że w najbliższych dniach na jeziorach sielawowych (moich ulubionych) nie ma szans na jakieś porządne ryby. Już pierwszego dnia mojego pobytu na pojezierzu od rybaków miałem potwierdzenie swojego przeczucia.
Gdy kupowałem pozwolenie w biurze zakładu rybackiego w Ińsku usłyszałem że przez ostatnie kilka dni złapali tylko 2 szczupaki na sieci a innych ryb tyle co kot napłakał. Nie bardzo im uwierzyłem i poszedłem na teren ich bazy. Tam od razu spotkałem znojomego, pana Mietka który pełnił wtedy funkcję kierownika zakładu. By rozwiać moje wątpliwości zaprowadził mnie do magazynu i pokazał co mieli w chłodni. Na podłodze stały dwie niepełne skrzynki niewielkich ryb z wszystkich ich jezior.

Postanowiłem skupić się na rzece. Na jednej z najbardziej malowniczych rzek Europy i do tego na wielu odcinkach dzikiej, bez śladów cywilizacji. Ostatni raz buszowałem w niej w 2005 roku. Nigdy nie wychodziłem z niej bez ryb. Ale też nigdy nie strzelałem do wszystkiego co zauważyłem. Po prostu pływałem, nurkowałem i podziwiałem. Wielu rybom odpuszczałem. Wystarczało mi że je widziałem. Od czasu do czasu strzelałem do większych okazów ale tylko tyle ile mi było potrzeba. Jedynie na zakończenie sezonów wybierałem się raz albo dwa razy (zwykle w połowie lub pod koniec października) z niecnym zamiarem napełnienia zamrażarki.

Jeszcze tego samego dnia pojechałem sprawdzić odcinek Drawy w okolicy Prostyni. Nad rzeką zobaczyłem miejscowego wędkarza - obok stał oparty o drzewo rower więc musiał być to mieszkaniec którejś z okolicznych wiosek. Machał wedką spinningową jakoś tak bez przekonania, jakby z nudów. Przywitałem się i zacząłem go podpytywać.
Pożalił się że ryb w rzece już nie ma a on i tak nie ma co robić (bezrobotny od lat) więc próbuje złapac choć parę okonków.
- Pewnie miejscowi prądem wybili albo sieciami - zasugerowałem.
- Panie, nieprawda! Ju od kilku lat ludzie przestali chodzić nad rzekę (w znaczeniu - kłusować) bo nie ma ryb. Nawozami zatruli albo czym innym.
Pojechałem kawałek dalej, nad inny odcinek Drawy. Tam spotkałem następnych wędkarzy i usłyszałem podobne wieści.

Zaciekawiło mnie to i dlatego postanowiłem na własne oczy sprawdzić czy ci ludzie mieli rację że w rzece nie ma już ryb.

Ponieważ w Polsce łowiectwo podwodne w rzekach jest zabronione a o dziennej porze można zawsze liczyć się ze spotkaniem wędkarzy lub kajakarzy to nie miałem wyboru – trzeba było działać pod osłoną ciemności.

Tym razem nie byłem sam – namówiłem do towarzystwa dwóch kolegów z Warszawy. Zakwaterowaliśmy się w drewnianym domku dla wędkarzy i myśliwych na terenie stawów wędkarskich otoczonych lasem i w odległości ok. 50m od rzeki. Nasz domek był całkiem fajny, 7 osobowy z aneksem kuchennym i dwoma łazienkami, ogrzewany piecykiem na drewno opałowe.
Na ośrodku dwa inne domki były zajęte przez wędkarzy. Na nasze szczęście wszyscy byli zajęci biesiadowaniem i nie zwracali na nas uwagi.

Zanim rozpakowaliśmy swoje rzeczy zdążyło się ściemnić. Szybko przebraliśmy się w skafandry i ruszyliśmy do wody. Przechodząc obok domku stróża zostałem ugryziony w łydkę przez psa. Jak się później okazało, ten sam pies ugryzł też jednego z kolegów. Na szczęście nie uszkodził nam pianek i już do końca naszego pobytu więcej nas nie atakował – chyba mu neopren nie zasmakował.

Woda okazała się dość chłodna – 13 stopni, ale za to bardzo przejrzysta – ok.6 do 7m widoczności. Noc była bardzo jasna bo księżyc oświetlał wszystko dookoła jak jakaś gigantyczna latarnia. Nad wodą unosiła się lekka mgiełka, tak jakby rzeka parowała. Przez tę wilgoć wszelkie odgłosy wydawane przez zwierzęta aktywne w nocy były słyszalne z dużych odległości. Jednak wszystko zagłuszały potężne ryki jeleni które dochodziły z różnych kierunków.

Nie tylko my byliśmy nocnymi łowcami – od czasu do czasu było słychać wystrzały broni myśliwskiej które na chwilę przerywały godowe pieśni rogaczy. Ciekawe czy wszystkie te odstrzały jeleni były legalne? Trochę dużo ich było.
Pływaliśmy w rzece trzy noce pod rząd i za każdym razem było słychać i jelenie i wystrzały.

Popłynąłem w z prądem rzeki i przez ponad godzinę nie spotkałem żadnej ryby wartej upolowania co wprawiło mnie w wielkie zdumienie. Jak to? Co się stało że ryby zniknęły? Czyżby elektrycy z pobliskiej wsi ją spustoszyli? Co tu się działo przez ostatnie lata? I gdzie podziały się bobry których tu było kiedyś mnóstwo? Teraz spotykałem tylko opuszczone bobrze nory. Wielka szkoda, bo podobało mi się gdy co jakiś czas spotykałem nowe drzewa zwalone do rzeki. A takie drzewa, wiadomo, szybko przekształcały się w najlepsze rzeczne łowiska.

Gdy wracałem pod prąd drugim brzegiem znalazłem odpowiedź. Było nią gniazdo wydr wykopane w brzegu prawie naprzeciwko grobli oddzielającej stawy rybne od rzeki.
Jeszcze kilka dni i nocy pływaliśmy w tej rzece penetrując ją od Prostyni aż do jej ujścia do jeziora i za każdym razem trafialiśmy na wydry. Jedna o mało nie została odstrzelona przez kolegę Mirka z Wrocławia bo myślał że to sum przemyka wśród zielska. Zauważyliśmy że rzeka jest wyczyszczona z ryb na odcinkach do 500 metrów od gniazd wydr. Później są ryby aż do rejonu łowieckiego następnej wydrzej rodziny. Biedna rzeka! I pomyśleć że jeszcze nie tak dawno, gdy mieszkałem w Świdwinie, wydr tu nie było wcale. Skąd się wzięły w takiej ilości?

Od miejscowych dowiedzieliśmy się że ostatniej zimy jedną wydrę zastrzelono gdy została zauważona na zamarzniętym stawie hodowlanym. Ale skubane są tak ostrożne że nie dają się przyłapać na kradzieży ryb. I nikt nie wie ile ich tak naprawdę jest. W końcu uwierzyłem miejscowym którzy wcześniej zaklinali się że nikt z okolicy już nie łowi w rzece prądem ani sieciami. Pewnie, bo niby co mieliby łowić? Żaby? Raczej nie, bo wydry i te zżarły.

Spotkania z Coastguard

Bognor Regis to miasto które przed najazdem Polaków liczyło 55 tysięcy mieszkańców. Od 2004 do 2007 roku pojawiło się tutaj jeszcze ok. 10 tys. naszych ziomków. Ilu jest dzisiaj? Nie wiem. Malownicze miejsce - jedno z ulubionych królowej Wiktorii. Popatrzcie na Google Earth.

Pod względem nurkowym i łowieckim - dość atrakcyjne. Jest rafa i są gęsto rozsiane skały podwodne. Niektóre z tych skał są widoczne podczas odpływów. Bardzo niebezpieczne miejce dla żeglugi. Nawet dla małych jednostek. Różca poziomu wody między pływami wynosi od 3 do ponad 5 metrów. Wyobrażacie sobie, jaki to ciąg wody? Momentami prąd osiaga prędkość 6 węzłów. Woda 2 razy na dobę podnosi się o 4-5 metrów i dwa razy na dobę opada. Mimo tego utrudnienia jest to jedno z ulubionych miejsc podwodnych łowców podwodnych z hrabstw West Sussex i Hampshire.

Latem 2007 r polowałem tam kilka razy w ciągu dnia. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to mnóstwo pułapek na homary i kraby. Zaglądając pod skały i w różne dziury widziałem sporo tych skorupiaków. Tylko ich z nor wyciągnąć nie udawało mi się. Czujne były i chowały się głębiej.
- Czekajcie, skubańce, pomyslałem sobie, przyjdę tu w nocy i pogadamy. Wtedy wyleziecie na żer i będę górą.

Jak pomyślałem, tak i zrobiłem. Tylko najpierw pojechałem do sklepu nurkowego i kupiłem małą latarkę sygnalizacyjną. Migała jaskrawo żołto-zielonym światłem widocznym z dużej odległości. Przymocowałem ją do bojki, włączyłem i naprzód.
Dodać muszę, że wtedy jeszcze dobrze nie znałem warunków na tamtej wodzie. Światło na bojce miało wypełniać dwa zadania: sygnalizować, że nurek jest pod wodą (latarka oświetlała chorągiewkę), żeby mnie jakiś spóźniony wędkarz lub rybak nie rozjechał oraz miało mi pozwolić na kontrolowaną penetrację łowiska. Stawiałem bojkę i zataczając kręgi, penetrowałem zakamarki miedzy skałami. No i też miałem świadomosć o kierunku i sile prądu.

Nie doceniłem jednak Anglików. To gorsi donosiciele od Niemców.

Po jakiejś godzinie, gdy już w siatce pod bojką siedziały cztery wąsate robale (a wolno łowić tylko dwa na dzień na jednego łowcę) zauważyłem światło silnego reflektoru szperającego po wodzie. Światło zbliżało się powoli od strony otwartego morza.
- Pewnie jacyś spóźnieni wędkarze lub rybacy świecą po wodzie by się nie wpierdzielić na rafę, pomyslałem i dałem następnego nura. Jednak na wszelki wypadek tak się przemieszczałem na wodzie i pod nią, by zejść temu światłu z kursu. Ale nic z tego. Światło było coraz bliżej i zmieniało kurs zawsze w moją stronę.
- No nie, na pewno Coastguard, pomyslałem i poczekałem grzecznie na tę łódź.
To nie był Coast Gard tylko R.I.B. z pobliskiego Life Boat Station z trzema członkami załogi. Najlepsze było to, że chłopaki mieli podniesiony silnik i przez całą rafę (jakiś kilometr) płynęli na pagajach. A ponton mają duży i ciężki.

Nie wiedziałem co robić - czy wyrzucić te swoje homary czy poczekać i zobaczyć o co chodzi.
- Eee tam, pomyślałem, szkoda homarów, najwyżej w ostatniej chwili odetnę siatkę i popłynie z prądem. Bojka została w tyle a ja podpłynąłem do ratowników.
- Cześć, mówię, co się stało?
- Co ty tutaj robisz (kilometr od brzegu w środku nocy)?
- Poluję naz ryby. A co, nie wolno? - odpowiadam.
- Nie, nie, wszystko OK! Tylko Coast Guard do nas dzwonił żebyśmy sprawdzili co to za światełko tu na rafie miga, bo mieli telefony od zaniepokojonych obywateli.
- A co wtym dziwnego? - pytam.
Zamiast odpowiedzi, usłyszałem następne pytanie:
- A ty nie jesteś z Polski?
- Kurde, jasnowidz, czy co? pomyślałem. Wiadomo, mój angielski z akcentem ale tutaj co trzeci mówi z obcym akcentem.
- Skąd się domyśliłeś że jestem Polakiem? - pytam gościa. A on mi na to:
- No wiesz? Ja tu pracuję na Life Boat Station już 10 lat i nawet nie słyszałem, żeby tu ktoś w nocy uprawiał searfishing. Jak już ktoś to robi, to tylko Polak. Bo nikt inny tu w nocy na płetwach by się nie odważył.

NIe ukrywam, duma narodowa mnie wypełniła w tym momencie. Ale później, gdy życząc mi powodzenia w łowach, odpłynęli - zwątpiłem w ich przenikliwość. Za to wzrosło moje uznanie dla ich organizacji.
Otóż przypomniałem sobie, że miesiąc wcześniej już miałem zajście z Coastguard. Co prawda, 50 km dalej i w innym hrabstwie, ale co to jest dla możliwości komunikacji w dzisiejszych czasach?

Na początku sezonu w 2007 roku wyczaiłem łatwy sposób na pozyskiwanie porządnych rozmiarów ryb pod angielską nazwą Golden Grey Mullet - wędkarski rekord Wielkiej Brytanii to 1.368 kg nie pobity od 1994 roku a mi udało się ustrzelić kilka sztuk o wadze od 2 do 2,5kg. Oprócz tego zawsze wychodziłem z wody z conajmniej dwoma lub trzema Grey Mullet Thin-lipped lub Thick-lipped. Te trzy podgatunki mają jedną polską nazwę - cefale.
Nierzadkimi gośćmi na mojej nizałce były ryby znane pod angielską nazwą Sea Bass. Ale te ostatnie, niestety, niewielkich rozmiarów - od 1 do 3 kg. A to dlatego, że jest to bardzo płytkie łowisko - plaża - do 5 m w czasie przypływu, w czasie odpływów często wysycha - w miejscowości Lee-on-the-Solent.

Jednego dnia, w południe, wybrałem się tam na polowanie w czasie high water. Odpłynąłem od brzegu jakieś 100m i postawiłem boję. Nurkowałem wokoło i później zacząłem przemieszczać się we wschodnim kierunku. Po jakimś czasie zauważyłem że oddaliłem się dość znacznie od boi. Nie chciało mi się wracać i postanowiłem dalej płynąć bez niej.
Po jakiejś godzinie, gdy nurkowałem wokoło falochronu 500m dalej zauważyłem na brzegu jakiegoś gościa który podskakiwał i machał rękoma w moim kierunku. Z początku zignorowałem go - przecież nie robiłem nic niedozwolonego. Ale facet był uparty i ciągle próbował mnie przywołać do siebie. W końcu podpłynąłem do niego.
Zadał mi pytanie, czy tamta nurkowa boja jest moja? Ja potwierdziłem. A on mi na to, że ktoś zauważył tę bojkę i żadnego nurka koło niej więc zadzwonił do Costguard. No i że przyjechał strażnik i wzywa helikopter na poszukiwania zaginionych nurków.

Nie miałem wyjścia. Nie wiedząc jakie konsekwencje (a zwłaszcza koszty) mogę ponieść za sprowokowanie akcji, zdjąłem płetwy, wylazłem na brzeg i biegiem wzdłuż plaży, udałem się w drogę powrotną. Na szczęście strażnik z Coastguard'u zauważył mnie i ruszył w moim kierunku. Gdy spotkaliśmy się, potwierdziłem że to moja boja. Wyjaśniłem, że mi się urwała i podryfowała z prądem a mi nie chciało się jej gonić i że już pogodziłem się z jej stratą. No i że nie wiedziałem że linka zaczepiła się za coś i że zaraz ją zabiorę.
Strażnik przez radio odwołał akcję i powiedział mi że musi sporządzić notatkę. Poprosił o moje dane personalne i adres. W pierwszej chwili chciałem mu podyktować lipę - w razie jakiejś kary, żeby mnie nie znaleźli. Ale po zastanowieniu podałem mu prawdziwe nazwisko i adres - przecież nie wiadomo czy kiedyś nie będę naprawdę potrzebował ich pomocy.
Zapisał i podziękował. Spytał jeszcze, czy czesto tu nurkuję?
- Tak, jak tylko przezroczystość wody jest wystarczająca - odpowiedziałem. Dodał, że wszystko jest OK! ale dostali telefon od zaniepokojonych plażowiczów i musiał przyjechać. Na koniec spytał się skąd jestem.
- Z Polski - odpowiedziałem.
- Ach tak! No to życzę powodzenia w łowach - odpowiedział. Myślę że wkrótce o tym zdarzeniu zostali powiadomieni wszyscy Strażnicy z Coastguard w okolicy.

Następne spotkanie ze strażnikami z Coastguard miałem w połowie lipca 2009r.

Wyjechałem z domu w Fareham swoim passatem w kierunku półwyspu Portland by tam ponurkowac koło latarnii morskiej. Niestety, dwa kilometry od domu zagapiłem się i najechałem na krawężnik. Skutkiem nieuwagi były rozwalone dwie nowe opony i dwie alu felgi.
Zadzwoniłem do Adama, który był już w drodze do Dorset i właśnie dojeżdżał do Southampton, by lekko zboczył i zabrał mnie do swojego auta. Sam na flakach dojechałem do domu. Po chwili pojawił się Adam i przepakowaliśmy mój sprzęt do jego BMW.

Dojechaliśmy do Portland Bill. Wiatr niby wiał z zachodu a my byliśmy na wschodniej stronie półwyspu ale fale i tak biły w brzeg. Mieliśmy trudności z wejściem do wody - fale nami rzucały o skały. Ale jakoś w końcu udało się. Odpłynąłem kilkaset metrów od brzegu i miałem jakieś 6-7 metrów widoczności pod wodą. Tylko ryby były malutkie. Po godzinie usłyszałem hałas i zobaczyłem nad sobą helikopter. Powisiał nad nami kilka minut i odleciał. Po następnej godzinie, gdy wyrzuceni zostaliśmy przez fale na skały to już tam na nas czekał strażnik - społeczniak. Pogadał i poszedł.

Gdy wyszliśmy na parking to podjechał do nas radiowóz Coastguard'u. Powiedzieli że muszą napisać raport bo była akcja. Ktoś zadzwonił że ludzie w morzu mają kłopoty i dlatego helikopter wyszedł nad morze ale ratownicy zobaczyli że to łowcy podwodni( widzieli bojki i nasze płetwy gdy robiliśmy scyzoryki) i dali spokój.
Okazało się że tym "ktosiem" był społeczny strażnik-obserwator z National Coastwhatch Institution, organizacji która powstała w czasie wojny by wspomóc obronę Wysp ostrzegając odpowiednie służby przed samolotami i okrętami wroga. Teraz mają ok.50 stacji obserwacyjnych wokoło wybrzeża i zatrudniają ok. 2000 ochotników - woluntariuszy. Głównym ich zadaniem jest dbanie o bezpieczeństwo ludzi i ochrona środowiska naturalnego.

Jednak raport musiał być zrobiony. Tym razem spisali Adama. Bo jak by mnie, to bym był już notowany w trzech hrabstwach. Później, przez następne dwa lata staraliśmy się nie prowokować podobnych sytuacji.

Niestety, dokładnie po dwóch latach znowu daliśmy zajęcie załodze helikoptera - tym razem w środku nocy. A było to tak:
 2-go czerwca 2011r popołudniu zwodowaliśmy z Wieśkiem łódkę w Kimmeridge i popłynęliśmy na Mupe Rocks
Tam po trzech godzinach bezowocnych łowów (ja miałem tylko jedną średnią cefalę a Wiesiek 2 wargacze) postanowiliśmy zmienić łowisko i popłynęlismy pod St. Aldhem's Head
Tam z rybami było też słabo - strzeliłem jednego 50cm basa i jedną cefalę oraz spudłowałem dwa 70cm basiory. Wiesiek miał tylko jednego wargacza.
O 19:30 postanowiliśmy wracać i niestety, silnik nie odpalił. Przez poprzednie trzy sezony pracował niezawodnie, zawsze zapalał po pierwszym obrocie rozrusznika a rok wcześniej był serwisowany.
Po kilku próbach postanowiłem dać mu czas na odparowanie (myślałem że go zalałem). Po ok. 20 minutach znowu spróbowałem i znowu bez rezultatu. Była ju ósma godzina a w okolicy nie było widać zadnych jednostek pływających więc mieliśmy tylko trzy wyjścia
- 1) czekać na wodzie do rana aż pojawią się rybacy lub wędkarze i nas zaholują do Kimmeridge,
- 2) Na pagajach pod prąd dopłynąć do brzegu i tam na piechotę, nie wiadomo po jakim podłożu holować łódź przez jakieś 6km,
- 3) próbować zapalić silnik aż do wyczerpania akumulatora.

Zaczęliśmy od opcji nr 3. Zrobiłem dłuższą przerwę, ok 30 minut. Silnik nie odezwał się ani razu.
Przeszliśmy do opcji nr 2. Plan był taki że nie będziemy dłużej siedzieć bezczynnie tylko spróbujemy dowiosłować pod klify a silnik spróbujemy odpalić po następnych 45 minutach. Jak nie zapali a akumulator całkiem siądzie to przejdziemy do opcji nr 1.

Nie wiem czy ktokolwiek z czytających zdaje sobie sprawę co to za katorga - wiosłować małymi pagajami pod prąd i pod wiatr po sfalowanym morzu 5-cio metrową ciężką łodzią ślizgową? Nikomu nie życzę.
Po planowanych 45 minutach ciągle jeszcze było ze 200 metrów do klifu. Silnik raz zakaszlał i koniec - rozrusznik już ledwo kręcił. Po następnych 20 min dotarliśmy na płytką wodę pod klifem i przeszliśmy do opcji nr 1. Byli tam dwaj wędkarze - stali rozebrani do pasa w brudnej, zimnej wodzie (miała 13 stopni) i machali wędkami. Uprzedzili nas że do zatoki jest ponad 2 mile. Gdy już zaapadł zmrok, kilkaset metrów dalej spotkaliśmy następnych wędkarzy którzy stali na skalnej półce, jakieś 5m nad wodą. Słyszeli jak Wieśkiem rozmawialiśmy po naszemu i spytali czy mówimy po angielsku. Spytali nas co mamy zamiar zrobić i po uzyskaniu odpowiedzi tylko zaklęli ze współczuciem bo wiedzieli że czekała nas naprawdę ciężka noc.
Muszę tutaj dodać że miejsca te są oddalone od najbliższej drogi conajmniej o 4km i byłem zdziwiony widząc tam wędkarzy. Też mieli dużo samozaparcia by tam dotrzeć krętymi, stromymi i kamienistymi ścieżkami na piechotę.
Po następnej godzinie holowania Wiesiek już zaczął opadać z sił więc postanowiłem spróbować czy po przerwie akumulator jeszcze zakręci. Zakręcił i jeden cylinder zapalił a po chwili drugi zaskoczył. Odwiosłowaliśmy kawałek od skał i wrzuciłem bieg. Łódź zaczęła płynąć i w końcu zaskoczył trzeci cylinder.
Po ciemku w pełnym ślizgu po 10 minutach dotarliśmy do wejścia do Kimmeridge Bay gdzie trzeba było płynąć wypornościowo i powoli, z uniesionym maksymalnie silnikiem. Udało się uniknąć podwodnych skał i dotarliśmy na miejsce ok. 22:30. Wiesiek został przy łodzi a ja pobiegłem zobaczyć czy brama między parkingiem a slipem jest jeszcze otwarta i czy będziemy mogli wyciągnąć łódź.
Akurat strażnik, mój "ulubiony cieć" schodził do zatoki sprawdzić co się dzieje bo widział na parkingu mój samochód z przyczepą podłodziową. Obiecał poczekać z zamykaniem bramy aż odjedziemy.


Na biwaku byliśmy 20 minut przed północą. Wiesiek w 5 minut przebrał się i odjechał do domu. Ja sobie otworzyłem piwko, usiadłem na krześle na łące i popatrzyłem na światła Weymouth, Portland oraz dalekich statków przemieszczających się po English Chanel.
Po minucie zauważyłem że jedno ze świateł między Weymouth a cytadelą na półwyspie Portland jakby świeci coraz mocniej i do tego jest jakoś dziwnie wysoko. Po następnej minucie usłyszałem warkot helikoptera. Jeszcze nie skojarzyłem o co chodzi. Dopiero gdy zawisł nad morzem naprzeciwko mnie i zaczął powolutku, oświetlając dwoma reflektorami powierzchnię wody u podnóża klifów, przemieszczać się w stronę St. Aldhem's Head, zrozumiałem że to Coastguard.

Któryś ze spotkanych wędkarzy musiał do nich zadzwonić i chłopaki mieli nocną akcję ratowniczą. Ja, niestety nie mogłem do nich zadzwonić bo na biwaku nie mieliśmy zasięgu w naszych komórkach a po kilku browarach nie chciałem jechać autem na poszukiwanie sygnału w telefonie. Po jakichś 40 minutach odlecieli. Myślę że strażnik z Kimmeridge musiał ich powiadomić że dotarliśmy na miejsce bo inaczej akcja trwałaby aż do skutku, łączne z zaangażowaniem łodzi z Life Boat Station ze Swanage. Tak to w UK działa.

I gdy tak sobie pociągałem zimne piwo w tę letnią noc pod angielskim niebem naszły mnie wspomnienia o moich doświadczeniach z polskimi Wojskami Ochrony Pogranicza oraz z rosyjskimi, białoruskimi i ukraińskimi "Pogranicznikami".
Jak wielka cywilizacyjna przepaść dzieli te służby i całe narody którym służą!

Przeboje z pogranicznikami

W latach 1997-2005 pracowałem w Sowietsku w obwodzie kaliningradzkim Federacji Rosyjskiej, 500km od Świdwina. Granicę polsko-rosyjską przekraczałem prawie cotydzień. Jak ja wtedy nienawidziłem polskich i rosyjskich służb granicznych!!!
Za te sztucznie generowane przez nich kolejki i późniejsze zbieranie łapówek za przepuszczenie "ekspresowe" auta. I ta ich arogancja i wręcz hamstwo w stosunku do podróżnych! Jednak muszę tutaj dodać ze Rosjanie byli pod tym wzgledem gorsi od Polaków ale przynajmniej tańsi.
W tamtych czasach by dostać pracę na granicy to trzeba było mieć odpowiednie "plecy" albo dojścia i od 100 do 150 tysięcy "zielonych" na łapówki - to była wiedza powszechna w przygranicznych społecznościach. Te pieniądze wydane na załatwienie pracy musiały być później szybko odrobione bo nie było gwarancji na jakiś minimalny okres zatrudnienia. Co jakiś czas skorumpowani celnicy oraz żołnierze wpadali i później następowały zmiany personalne w kierownictwach placówek. Bywało i tak że aresztowano całe zmiany!
A jak zarabiali? Na tysiące sposobów. Może kiedyś ktoś to opisze - byłaby to fascynująca książka o pomysłowości Słowian i o tym jak powstało wiele fortun.

Ja osobiście miałem okazję poznać kilka przemytniczych numerów które były jakoś powiązane z moim hobby.

Największy zysk był na towarach akcyzowych gdy zostały przemycone do Polski lub na Litwę.

W obwodzie kaliningradzkim działało mnóstwo nielegalnych i półlegalnych wytwórni papierosów oraz gorzelni i bimbrowni. "Produkowano" wszelkiego rodzaju marki papierosów i wódek. Procederem tym zajmowały się zorganizowane grupy przestępcze. Pod koniec lat 90-tych trwały brutalne wojny między nimi o podział rynku. Zginęło wielu gangsterów zanim zapanował spokój. W rosyjskich mediach nie było dnia bez opisów skutków tych porachunków.

Towary były przemycane na trzy sposoby:
1) najbardziej widoczny, za pośrednictwem "mrówek" przewożących kontrabandę w niewielkich ilościach samochodami osobowymi, na rowerach, na piechotę, w pociągach i autobusach.
2) Za pomocą ciężarówek ukryte pod legalnym ładunkiem albo na lewych papierach.
3) Przez zieloną granicę.

Przemytnicy i pogranicznicy wykorzystujący ten trzeci sposób dostarczyli mi sporo emocji.

Nielegalnie przekraczać granicę najłatwiej było przez graniczną wodę - rzekę Niemen i jezioro Wisztyniec. Na pontonach, motorówkami i nawet wpław.
Przemytnicy dogadywali z oficerami "zastaw" (placówki graniczne) miejsce i czas - tak zwane "okna". Za odpowiedni udział oficer kierował patrole daleko od ustalonego miejsca na ściśle określony czas. I to działało.
Wpadali tylko ci którzy samodzielnie chcieli zarobić nie dzieląc się z pogranicznikami.
Na przykład kiedyś złapano gościa na pontonie z 3 tonami cukru na rzece Niemen. Innego złapano w mokrym kombinezonie płetwonurka który wpław holował 300 butelek podrabianego alkoholu na litewską stronę. Jeszcze innych złapano gdy przepompowywali spirytus ułożonym pod wodą Niemenu prowizorycznym rurociągiem.

Rzeki Niemen i Szeszupe oraz jezioro Wisztyniec leżą w strefach nadgranicznych więc przebywać tam moga tylko okoliczni mieszkańcy oraz posiadacze specjalnych przepustek. Wszyscy inni, a zwłaszcza obcokrajowcy mają zakaz wstępu. Informują o tym tablice informacyjne rozmieszczone na drogach dojazdowych do tych stref.

Latem 1998r, wraz z kolegą Krzysztofem (instruktor nurkowania z klubu Mares w Koszalinie) wybraliśmy się po pracy na zwiad w poszukiwaniu nurkowisk. Mieliśmy wizy służbowe i pozwolenia na pracę w Sowietsku więc lekceważąc tablice informacyjne wjechaliśmy na boczną drogę prowadzącą nad jezioro o którym nasłuchalismy się od znajomych Rosjan wiele interesujących rzeczy.
Po 10km jazdy pustą drogą trafiliśmy na budkę strażniczą i szlaban ustawiony wpoprzek drogi. Później dowiedzieliśmy się że takie mobilne posterunki były ustawiane w różnych miejscach i o różnym czasie.
Nie pomogły tłumaczenie że nie umiemy czytać cyrylicy (była to nieprawda) ani próba przekupstwa. Żołnierze zawiadomili przez radio oficera a ten kazał nas aresztować i odtransportować na posterunek w pobliskiej miejscowości. Było to moje pierwsze aresztowanie w Rosji.
Na posterunku spędziliśmy kilka godzin w oczekiwaniu na decyzje coraz to wyższych stopniem oficerów. W końcu zdecydowano się pójść nam na rękę i dać możliwość wykupienia przepustek.
Tego dnia wróciliśmy do Sowietska nawet nie popatrzywszy na Wisztyniec ale za to z wielokrotnymi przepustkami ważnymi do końca roku.

W następnych latach byłem jeszcze kilkakrotnie aresztowany w okolicach Wisztyńca i rzeki Szeszupe. Okazało się że pomimo posiadania przepustki nikomu nie wolno przebywać w tych strefach w ubraniu płetwonurka po zmroku.
Raz udało mi się szybko odzyskać wolność dzięki interwencji Igora Budakowa z Kaliningradu który z kolei skorzystał z protekcji jakiegoś generała. Innymi razem pomogła mi osobista znajomość z dwoma pułkownikami pogransłużby którzy polecili mnie wypuścić i oddać sprzęt nurkowy. Jeszcze innym razem wystarczyła drobna suma wręczona podoficerowi by zakończyć powstały problem gdy złapali mnie wychodzącego z wody.
A cóż ja mogłem zrobić jeśli właśnie w nocy była największa szansa na upolowanie suma i węgorza w tamtych wodach? Ryzykowałem i polowałem.

Jetem przekonany że te nocne patrole pograniczników nie miały na celu ochrony granicy a wręcz przeciwnie, ochraniały akcje przemytników.

Jednej nocy, przed aresztowaniem koło miejscowości Lesnoje niedaleko ujścia Szeszupy do Niemenu, gdy nurkowałem w poszukiwaniu sumów, przez kilka godzin słyszałem warkot silników zaburtowych kilku łodzi. Kursowały między kopalnią żwiru (tam kończyła się droga) a Litwą.
Pogranicznicy trzymali się wtedy z daleka.

Innej, letniej nocy wybrałem się z kilkoma Rosjanami na węgorze nad Wisztyniec. Wcześniej uprzedzałem kolegów że możemy mieć problemy ale oni nato:
- Nie pierieżywaj, wsie problemy reszajemyje!
- Skoro tak, to dobra, jedziemy - odpowiedziałem.
Na leśną polankę koło Tichej Buchty zajechaliśmy już po zmroku. Polanka ta leży na uboczu, z dala od asfaltowej drogi i od leśnego duktu. Niełatwo tam trafić po ciemku.
Jeszcze nie zdążylismy się rozpakować a już zaczęli podjeżdżać jacyś dziwni ludzie. Ani wędkarze ani podwodni łowcy ani nawet inspektorzy Ryboinspekcji. Drogie terenowe auta, zakazane mordy i tatuaże.
Wypytywali nas i przyglądali się sprzętowi wypakowanemu na trawie. Potem odjeżdżali. Tych wizyt było kilka. Jakieś 15 minut po ostatniej pojawił się patrol pograniczników. Jechali tak jakby wiedzieli że tam będziemy.
Nie aresztowali nas a jedynie przegnali pod groźbą aresztu. Widocznie nie chcieli swiadków nocnej akcji przemytniczej.




Aquilas Marine, wrzesień 1996r.
"Jak trafiłem do podwodnego świata"

Nocne łowy w Lulworth Cove.
"Przebojowa noc"


Calvi na Korsyce, sierpień 1996.
"Jak trafiłem do podwodnego świata"


Calvi, sierpień 1996 - na pierwszym planie mój syn Michał szykuje się do nurkowania.
"Jak trafiłem do podwodnego świata"


Michał pod cytadelą w Calvi, sierpień 1996r.
"Jak trafiłem do podwodnego Świata"


Moja pierwsza porządna ryba na kuszę.
"Pierwsze upolowane ryby"