O MNIE





Powrót z nurkowania na wraku w Portland Harbour



Klub z Kaliningradu na wycieczce po jez. Ińsko



Mistrzostwa Obwodu Kaliningradzkiego - wrzesień 2001


Koniec zawodów. Te dwa szczupaczki dały mi pierwsze miejsce w kalsyfikacji Gości nie będących mieszkańcami obwodu kaliningradzkiego


Wielkanocny spływ rzeką Radwią z klubem Mares z Koszalina, 2003r
Na fotce oprócz mnie jest moja córka Marta i mój przyszły zięć, Grzegorz


Kolega Jurek z klubu Mares czekał na wychodzących z rzeki z napojem rozgrzewającym
Lany Poniedziałek 2003r nad Radwią


10kg karp z ppodwodnej dżungli na jez. Ińsko



Jak tam zejść ze sprzętem?
Wschodnia Szkocja koło St.Abbs, lipiec 2009r
Na wyprawie nurkowej z klubem Cockleshell Divers

Lands End w Kornwalii, sierpień 2008
Wyprawa nurkowa z klubem Cockleshell Divers z Portsmouth


Stair Hole koło Lulworth Cove - wrzesień 2010
Lekka mgła spowijała klify


Niby do owoców morza powinno być białe wino ale nam skorupiaki smakowały nawet z czerwonym


Dziki karp rzeczny - sazan ok.8kg
Upolowany w strefie nadgranicznej w rzece Szeszupe niedaleko Sowietska w Rosji


Sazan upolowany latem 2006r koło Maidstone w hrabstwie Kent w Anglii
Całkowicie nielegalny


Lato 2006, jezioro w parku koło Maidstone, Kent


Połów z Bognor Regis na zakończenie sezonu 17 październik 2009


Czerwiec 2010 na biwaku w Kimmeridge w hrabstwie Dorset w Anglii


Jesień 2010 nad Drawą


Wrzesień 2004, Węgorzewo
Połów z Mamr


Maj 2004, połów z Węgorapy


Sierpień 2008, Cockleshell Divers w Penzance w Kornwalii,
Relaks po nurkowaniach na wrakach


5kg łosoś koło Mupe Rocks
Lipiec 2009, Jurasic Coast, Dorset



W skrócie

Łowiectwo podwodne i nurkowanie (scuba diving) uprawiam od 1995 roku. Moje pierwsze doświadczenia w łowiectwie podwodnym zdobywałem w wodach śródlądowych w Polsce i w Rosji. Od 1998r nigdy nie robiłem mniej niż 100 nurkowań w każdym sezonie. W niektórych latach dochodziłem nawet do 120 nurkowań po kilka godzin każde. W 2003 roku, gdy miałem już za sobą dobrze ponad dwa tysiące godzin uganiania się za rybami pod wodą w różnych warunkach, opublikowałem w Sieci moją pierwszą stronę o łowiectwie podwodnym. Była to wtedy jednocześnie pierwsza w Internecie strona na ten temat w języku polskim. Pod koniec 2005 roku przeniosłem się do Wielkiej Brytanii gdzie mieszkam do tej pory.
Pomimo tego że mieszkam daleko to jednak od czasu do czasu przyjeżdżam do Polski by wziąć udział w MMPwŁP lub w Turnieju o Puchar Prezesa SSP oraz by popolować w swoich ulubionych miejscach i odkrywać nowe dla siebie łowiska.

Fascynacja podwodnym światem

Od momentu gdy pierwszy raz zanurzyłem się pod wodę i przez maskę zacząłem podglądać krajobraz dotąd mi nieznany zostałem zarażony dziwnymi, przewlekłymi i nieuleczalnymi chorobami. Diagnoza: nurkowanie i podwodne łowiectwo.

Nurkować zacząłem dość późno, gdy miałem już skończone 38 lat. Wcześniej nie miałem pojęcia że coś takiego można uprawiać w Polsce rekreacynie, dla własnej przyjemności. Słyszałem o nurkach zawodowych oraz wojskowych, oglądałem zagraniczne filmy o życiu na rafach koralowych, wiedziałem że na tak zwanym Zachodzie zwykli ludzie nurkują w morzach i oceanach ale byłem przekonany że to nie dla mnie. Miałem swoje wędki i nic mnie więcej nie obchodziło. Do czasu, gdy poznałem polskich płetwonurków. Wtedy postanowiłem też spróbować - no i na próbach się nie skończyło. Mogę powiedzieć że od tamtego momentu moje życie całkowicie się odmieniło. Wędki coraz rzadziej były używane, za to coraz częściej wchodziłem pod wodę.

W krótkim czasie przeszedłem cykl szkoleń, najpierw pod okiem hiszpańskich i francuskich instruktorów a potem instruktorów z Klubu Płetwonurków "MARES" z Koszalina. Odbyłem kilka zagranicznych wypraw nurkowych i zaliczyłem kilka krajowych obozów podczas których robiłem nurkowania stażowe oraz kursy nurkowe aż do uzyskania stopnia P3 (***CMAS). Po zdaniu ostatniego egzaminu zdecydowałem że to mi wystarczy do samodzielnego rekreacyjnego nurkowania z akwalungiem. Nurkowania techniczne mnie jakoś nie pociągały ani nie polubiłem suchego skafandra. Instruktorem też nie chciałem zostać.
Uznałem że wystarczy mi mokry skafander (suchy po kilku nurkowaniach sprzedałem) i zestaw jednej butli z dwoma zaworami i dwoma automatami nawet do głębokich nurkowań. Przekonałem się że im prostszy i lżejszy ekwipunek tym więcej przyjemności z nurkowania. Szybciej się ubieram, mam mniej do dźwigania i do wody wchodzę zrelaksowany. Przez to też wolniej zużywam powietrze z butli i czuję się swobodniej pod wodą. W przeciwieństwie do kolegów używających suchych skafandrów i zestawów do nurkowania technicznego - jeszcze przed zanurzeniem są zmęczeni i spoceni a pod wodą zużywają powietrze jak miechy kowalskie.
Często, gdy korzystam z usług baz nurkowych w Wielkiej Brytanii, na poczatku wywołuję małą sensację wśród personelu i płetwonurków jako jedyna osoba wyposażona w tak prosty ekwipunek. Za to później, po nurkowaniu patrzą na mnie z podziwem gdy okazuje się że mogę dłużej przebywać w zimnej wodzie od nich.

Przez pierwsze lata mojej przygody z podwodnym światem więcej czasu spędzałem na nurkowaniach z akwalungiem niż na bezdechu, z kuszą. Ponurkowałem w morzach Czerwonym, Czarnym, Azowskim, Adriatyckim, Śródziemnym, Północnym, Bałtyckim oraz w Atlantyku. Schodziłem wielokrotnie ponizej 50 metrów tylko na sprężonym powietrzu i kilka razy poniżej 60m. Odwiedziłem mnóstwo wraków, podwodnych grot, jaskiń i raf. Po pewnym czasie relacje te zaczęły się zmieniać. Teraz rzadko nurkuję z butlą. Większość z około 400 - 500 godzin rocznie spędzanych w wodzie poświęcona jest podwodnemu łowiectwu. I ciągle mi mało!

Jak do tej przemiany doszło? Otóż nurkując z akwalungiem w polskich jeziorach szybko doszedłem do wniosku że, z wyjątkiem wymogów szkoleniowych, jest to strata czasu.
Poniżej 10 m jest zimno, ciemno, i z wyjątkiem kilku akwenów na całą Polskę, brak jakichkolwiek podwodnych atrakcji. Np. w pobliżu mojego byłego miejsca zamieszkania znam tylko cztery jeziora atrakcyjne dla miłośników diving’u – Czarnogłowy (zatopiony las), Miedwie (torpedowiec, torpedownia i ujęcie wody), Ińsko (parę obiektów zatopionych przez szczecińskie centra nurkowe) oraz Pile (zatopiony las). W końcu ile razy można nurkować w tych samych miejscach?
Zauważyłem też że nurkując z akwalungiem w polskich wodach śródlądowych mam wielce ograniczone możliwości obserwacji podwodnego życia - automat oddechowy podając powietrze robi spory hałas a wypuszczane bąble jeszcze większy skutkiem czego wszystkie duże ryby uciekały zanim jeszcze mogłem je ujrzeć. Widywałem tylko chmury zbełtanego mułu albo falujące łodygi podwodnych roślin.
Ekwipunek płetwonurka także uniemożliwiał mi zaglądanie pod zatopione drzewa albo wpływanie między gęste rośliny i do tego jeszcze rozpraszał moją uwagę gdyż stale musiałem obserwować kompas, manometr i głębokościomierz a w płytkiej wodzie dodatkowo musiałem ciagle manipulować zaworami kamizelki wypornościowo-ratunkowej czyniąc jeszcze więcej hałasu.
Również dużą niedogodnością był ograniczony czas nurkowania z aparatem oddechowym który zależny jest od wielkości butli i prędkości zużywania powietrza oraz konieczność robienia długiej przerwy przed następnym nurkowaniem.

Całkiem inaczej sprawy wyglądały gdy wchodziłem do jezior lub rzek by ponurkować na zatrzymywanym oddechu.
Wynurzając się dla wentylacji płuc i odpoczynku mogłem stale obserwować otoczenie wody i jej powierzchnię. Zawsze miałem świadomość gdzie się znajduję i mogłem planować przemieszczanie się tak by sił starczyło na dopłynięcie do miejsca zakończenia nurkowania - nie zawsze było to miejsce startu. Mogłem też unikać konfliktów z wędkarzami omijając ich stanowiska.
Od wiosny do jesieni byłem w stanie nurkować po 5-6 godzin bez przerwy a zimą po 1,5 godziny.

Ale to jeszcze nie wszystko!
Najważniejsze dla mnie były przeżycia estetycze gdy tak sobie szybowałem cichutko w połowie toni wody albo po jej powierzchni i mogłem podziwiać malownicze widoki, sam na sam z przyrodą.
W jeziorach na nasłonecznionych stokach podwodnych, podwodnych górkach i blatach oraz w spokojnych, niezbyt głębokich zatokach często znajdowałem rozległe podwodne łąki utworzone przez łany wywłócznika, moczarki, rogatka, różnych rdestnic i innych roślin zanurzonych, również glonów.
Nierzadko łany te kołysały się delikatnie na skutek działania słabych prądów podwodnych i tworzyły gęstwiny ciągnące się od dna na głębokości 6m aż do powierzchni wody. Wśród łodyg i liści spotykałem srebrne ławice uklei i płotek różnej wielkości.
Poniżej białorybu, mając trochę szczęścia, mogłem zauważyć patrolujące toń szczupaki (bywały i kilkukilogramowe) lub eskadry pasiastych, dorodnych okoni okrążających drobnicę jak wilki swoje ofiary i atakujących je od spodu.
Przy dnie, w półmroku, na skraju podwodnego gąszczu, gdzie najniższa część większości roślin pozbawiona jest liści, zachowując szczególną ostrożność mogłem zobaczyć czającego się wielkiego szczupaka. Był to bardzo rzadki widok. Jednak od czasu do czasu takie "widzenia" zdarzały mi się.
W niektórych zacisznych miejscach liście grzybienia białego i grążeli żółtej pokrywały powierzchnię wody tworząc jakby parasole nad niższymi roślinami. Czasami tych parasoli było tak dużo że układały się na powierzchni wody w zielony dywan udekorowany białymi i żółtymi kielichami.
Pod tym dywanem, w półmroku, często spotkałem stada uwijających się za pokarmem krasnopiórek i pasiastych okonków. W ciepłe i gorące, parne dni pod spodem płaskich i owalnych liści kręciły się w niewielkich stadkach oliwkowo-złote liny i złote karasie objadając się ślimakami i pijawkami.
Gdy dywan utworzony przez liście miał powierzchnię co najmniej kilkudziesięciu metrów kwadratowych i przestrzeń pod wodą między grzybieniami i grążelami wypełniona była np. wywłócznikiem i glonami to w słoneczny dzień w takich miejscach woda miewała temperaturę wyższą niż w pozostałej części jeziora. W tej podgrzanej wodzie przebywały wielkie karpie i amury. Mogłem je wypatrzyć zalegając na dnie bez ruchu i obserwując podwodne polanki wolne od drobnej roślinności a ocienione od góry.
W gąszczu wydawałoby się nieprzenikliwym, znajdowałem czasami takie jakby komnaty połączone tunelami powstałe na skutek żerowania amurów i karpi oraz także miejsca w których przez dłuższy czas stały w miejscu duże ryby. Poznać je mogłem po nienaturalnych zagłębieniach w mule lub piasku powstałe na skutek wymywania wodą przepompowywaną przez skrzela odpoczywających lub chowających się ryb.
Duże karpie i liny są bardzo ciekawskie. W pierwszej chwili po zauważeniu mnie, gdy bez gwałtownych ruchów, powoli opuszczałem się na dno, odpływały bez pośpiechu by po chwili zawrócić i przyjrzeć mi się dokładniej. Tak jakby chciały sprawdzić kto narusza ich terytorium.
Niezapomnianych wrażeń dostarczały konary drzew zwalonych do wody przez wiatry, bobry bądź też ludzi, zalegające pod wodą na niewielkiej głębokości. Stanowiły one doskonałą kryjówkę jak również żerowisko dla wielu gatunków ryb. Bywało i tak że w biały dzień między cieńszymi gałęziami spotykałem węgorze objadające się różnymi bezkręgowcami lub polujące na drobnicę, pod spodem przy dnie stało kilka średnich szczupaków lub jeden duży a na grubszych konarach stały okonie, jak przylepione, bez ruchu.
Ale to wszystko nic w porównaniu z wrażeniami jakie wynosiłem się po kilkugodzinnym buszowaniu w czystej, nieuregulowanej rzece - na szczęście w Polsce można jeszcze znaleźć odcinki na niektórych rzekach gdzie nawet latem przezroczystość wody dochodzi do 5 – 6 m.
Nie było większej uciechy dla mnie niż odkrywanie nieznanej sobie rzeki. Czy to płynąc z prądem czy pod prąd nigdy nie wie się co jest za najbliższym zakrętem, za głazem, wśród konarów lub korzeni zwalonych drzew, w głębokich dołach albo w jamach wymytych przez wodę w burtach brzegowych.
W przeciwieństwie do zbiorników ze stojącą wodą gdzie interesujących miejsc jest jak na lekarstwo, rzeki cały czas absorbowały moją uwagę. Jeżeli nie zostały wcześniej przeczesane przez „elektryków” to od ilości ryb dostawałem oczopląsu.
Jeśli jeszcze był to odcinek rzeki przepływający przez bezludną okolicę i teren trudno dostępny z brzegu, wijący się gęstymi meandrami przez lasy i łąki to miałem gwarantowane unikalne przeżycia związane z bezpośrednim kontaktem z dziką przyrodą.
W czystej rzece w miejscach niezacienionych nadbrzeżnymi drzewami i krzakami, poza głównym nurtem rosną przeróżne rośliny podwodne. Tworzą zielone łąki ciągnące się przez kilkadziesiąt lub kilkaset metrów wzdłuż rzeki. Łodygi niektórych roślin bywają dwa lub trzy razy dłuższe niż głębokość wody w miejscu z którego wyrastają. Układają się one prawie równolegle do dna stale wijącymi się gęstymi warkoczami. W takich miejscach przy dnie, u podstawy roślin, woda o wiele wolniej płynie niż w nurcie i na powierzchni. Te podwodne gęstwiny wykorzystują ryby na swoje dzienne kryjówki. Są to dla nich idealne miejsca bowiem rośliny wydzielają tlen na skutek fotosyntezy a od góry dają im osłonę przed drapieżnymi ptakami oraz osłaniają przed prądem wody. Mogłem je tam podziwiać gdy tak sobie leniwie, prawie bezwładnie przesuwały się razem z ruchem ukrywających je roślin, to w jedną stronę to w drugą
Nawet zimą warto było wybierać się nad rzeki lub ściślej – nad niezamarznięte odcinki rzek. Jeżeli nie było wcześniej odwilży to woda miewała wtedy największą przezroczystość. Mogłem liczyć na spotkanie szczupaka, sandacza, okonia, miętusa, płoci, leszcza a w rzekach typu łososiowego – przedstawicieli takich gatunków jak troć, łosoś, pstrąg i lipień.
Również nadrzeczne zimowe krajobrazy dostarczały niezapomnianych wrażeń. Zwłaszcza gdy wszystko było pokryte sterylnie białym puchem a dzień był słoneczny i bezwietrzny.
Pod ciężarem białej pierzyny pochylały się nad rzeką gałęzie przybrzeżnych krzaków i drzew. W miejscach gdzie nurt rzeki zwalniał oraz na kamieniach i łodygach roślin tworzył się krystalicznie czysty lód. Wszędzie bywała cisza i spokój niespotykane wiosną ani latem, gdy ptaki koncertowały a kajakarze i biwakowicze hałasowali bez szacunku dla dzikich zwierząt.
W niewielkich rzekach mogłem, nie zanurzając się pod wodę, obserwować całą toń w korycie. Przy bardzo dobrej widoczności i znikomej ilości roślin zanurzonych nie przegapiłem żadnej ryby.

Wśród polskich płetwonurków coraz większą popularnością cieszą się rzeczne "płetwospływy". Każdej zimy odbywają się spływy Krutynią, Łyną i Sanem - są to imprezy o charakterze ogólnokrajowym. Kilka klubów płetwonurków dla urozmaicenia swojej oferty stale organizuje wypady nad rzeki. Oznacza to że nie tylko ja odkryłem walory czystych, nieuregulowanych rzek.

Dość dawno pojąłem że w Polsce do szczęścia nie jest mi potrzebny jacket, butla i automat. Z tego sprzętu korzystałem do głębokiego nurkowania w morzu oraz podczas zagranicznych wypraw nurkowych. Za to każdy wolny dzień czy nawet popołudnie i wieczór po pracy starałem się spędzać w pobliskich wodach poszukując coraz to nowych wrażeń.
Przy okazji wyciągałem na łono natury członków swojej rodziny, przyjaciół i współpracowników. Pozostawali oni na brzegu przy ognisku i grillu oczekując mojego powrotu z wody. Jeśli wychodziłem z rybami to przedłużaliśmy biesiady do późna w nocy popijając piwko pod świeżą rybkę. Tym sposobem udało mi się zarazić moją pasją kilkunastu znajomych i to nie tylko Polaków. Dzięki mnie w Anglii i w Rosji też powiększyło się grono łowców podwodnych.


Łowiecka pasja - wstęp

Od razu muszę zaznaczyć że nie jestem najlepszym przykładem dla początkujących podwodnych łowców a niektóre teksty napisałem nie po to by się chwalić ale by przestrzec innych przed popełnianiem podobnych błędów. Często postępowałem nagannie, ryzykownie i wręcz głupio. Popełniłem też wiele wykroczeń przeciwko przepisom w Polsce i poza jej granicami. Niektóre moje "wyczyny" przytrafiły mi się nieświadomie a inne były wręcz planowane. Na usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć że do tych wszystkich niebezpiecznych, czasami wielce lekkomyślnych albo i nielegalnych działań zawsze pchały mnie łowiecka pasja oraz pragnienie przeżycia nowych przygód. Bo przecież nie o wartość materialną upolowanych ryb mi chodziło - koszty jakie się ponosi w przeliczeniu na np. jeden kilogram upolowanej ryby wielokrotnie przewyższają cenę tej ryby w sklepie detalicznym. Łowiectwo podwodne do tanich sportów nie zalicza się.
Owszem, natłukłem tych ryb ładnych parę ton, ale nie wszystkie je zjadłem i ani jednej nie sprzedałem - większość rozdałem. Dla mnie ważniejsza od samej ryby (jej mięsa) jest jej fotografia w pamiątkowym albumie oraz wspomnienie historii związanej z jej upolowaniem jakie później, po latach mogę przywołać ze słabnącej w miarę upływu czasu pamięci. Ważny jest też widok słabo skrywanej zazdrości malujący się na twarzach kolegów oraz podziw w oczach ludzi na brzegu gdy widzą mnie wychodzącego z wody z ładnym trofeum. A że ja i moi bliscy ryby jeść lubimy to, na nieszczęście ryb, zabieram pod wodę kuszę a nie aparat fotograficzny.
Może jeszcze jeden czynnik muszę wspomnieć - jest nim adrenalina jaka wydziela się do krwioobiegu podczas ryzykownych i nielegalnych działań. Jeszcze jako dziecko chodziłem po nocach na ogródki i to pomimo tego że moja babcia miała największy ogród w okolicy i w nim wszystkie owoce. A najlepiej mi smakowały czereśnie i jabłka (nawet jeśli nie całkiem dojrzałe) kradzione z ogrodu proboszcza.
Na fotografiach umieszczonych w tej publikacji widać że czasem polowałem w nocy i czasem znacznie przekraczałem limity wagowe i ilościowe. Otóż nie zawsze te fotografie znaczą że ryby zostały upolowane w rezultacie popełnienia wykroczenia lub przestępstwa. Niektóre fotki są zrobione poza granicami Polski, tam gdzie nocne łowy są legalne a limity wagowe wyższe. Jednak bywało że i w kraju miałem pozwolenia na nocne łowy od użytkowników wód a za przekroczoną limitowaną wagę płaciłem do kasy użytkownika tak jakbym te ryby kupił. Bywało też inaczej.
Na przykład, zaraz w pierwszym roku mojego pobytu w Wielkiej Brytanii znalazłem park miejski a w nim czyste jeziorka w których nie wolno było nawet się kąpać. Chodziłem wkoło tych jeziorek jak głodny kot wkoło akwarium ze złotą rybką i chodziłem aż nie wytrzymałem i którejś nocy, pomimo ogrodzeń, lamp i kamer wlazłem z kuszą pod wodę. I nie ważne było dla mnie że jakbym został złapany to groziła mi grzywna 2500 funtów! Musiałem tam popływać i już. Siła wyższa.

Nie należy naśladować mojego postępowania sprzed lat. Dzisiaj czasy się zmieniły, jest coraz więcej podwodnych łowców i musimy postępować rozsądnie by poprawić nasz wizerunek w polskim społeczeństwie. Nawet ja sam już tak nie zachowuję się. Można powiedzieć że w końcu nabrałem rozumu. Musiałem zmienić myślenie od momentu kiedy założyliśmy SSP. Dlatego też, między innymi, trochę zmieniam tę publikację tak by była bardziej poprawna.
Jednak opisuję tutaj swoją pasję i historie jakie mi się przydarzyły więc staram się być rzetelnym. Niezależnie od tego czy pewne zachowania były naganne czy nie. Do tego niektóre moje "przygody" warto zapamiętać by samemu nie wpaść w przyszłości w kłopoty. Poczytać o nich można w rozdziale "PODWODNE PRZYGODY". Poza tym mogą one być pouczające dla tych kolegów którzy kiedyś wybiorą się do Rosji, na Ukrainę lub na Białoruś by popolować w "normalnych warunkach" w wodach śródlądowych. Chodzi o polowania nocne i w rzekach.
W Anglii też zaprzestałem nielegalnych polowań w rzekach i jeziorach. Nie ze strachu ale z poczucia odpowiedzialności. No bo gdy polowałem sam to w razie draki tylko ja bym został napiętnowany a od momentu gdy założyliśmy tutaj polski klub miłosników sportów podwodnych to jak by to wyglądało? Dopiero prasa brukowa miałaby używanie na nas. Napiętnowali by cały klub!


Łowiecka pasja - rozwinięcie

Gdy kompletowałem swój ekwipunek do nurkowania to jednym z pierwszych zakupów była kusza. Był to 30cm pneumatyk firmy Technisub. Wcisnął mi ją sprzedawca ze sklepu nurkowego razem z butlami, automatami, płetwami, pasem, ołowiem itd. O łowiectwie podwodnym nie miałem zielonego pojęcia. No bo niby skąd? Nie wiedziałem że taka pukawka na wiele mi się nie przyda. Upolowałem przy jej pomocy kilka małych szczupaków i okoni, kilka ośmiornic a później ją wywaliłem na śmieci.

W 1995r jeszcze nie wiedziałem że podwodne łowiectwo można uprawiać legalnie. Za to znałem już kilkunastu płetwonurków którzy mieli kusze i od czasu do czasu kłusowali w polskich wodach. Zarówno z butlami jak i na bezdechu. Ja, rzecz jasna, także pierwszy raz wybrałem się z kuszą używając jednocześnie akwalungu i to na dokładkę w nocy. Do tego było to jezioro opanowane przez sieciowych kłusowników z okolicznych wiosek. Po niecałej godzinie pod wodą miałem dość i postanowiłem nigdy więcej nie używać jednocześnie kuszy i butli z automatem. Podjąłem decyzję że najpierw muszę zostać płetwonurkiem a dopiero potem zająć się podwodnym łowiectwem jak należy. Później, podczas nurkowań z butlą jeszcze nieraz korciło mnie żeby zabrać kuszę ale jakoś wytrzymałem, prawie dwa lata. A trudno było ponieważ spotykane pod wodą ryby, zwłaszcza te większe, budziły we mnie instynkt łowcy.

Od 1997r, gdy już zdałem egzamin na P2 (**CMAS) i zdobyłem Kartę Łowiectwa Podwodnego, mogłem zacząć starania o pozwolenia na połów ryb kuszą. Zawsze, gdy spodobało mi się jakieś jezioro, najpierw sprawdzałem kto jest prawnym użytkownikiem a potem próbowałem wykupić takie pozwolenie. Najpierw, z racji miejsca zamieszkania, moje zainteresowanie skupiło się na jeziorach i rzekach zachodniopomorskich na których gospodarzyły zakłady rybackie ze Złocieńca, Czaplinka i Ińska oraz PZW. Później, gdy przeprowadziłem się do Węgorzewa, odwiedziłem większość zakładów rybackich na Warmii i Mazurach oraz kilka na Podlasiu. Prezesi tych zakładów (spółek) na początku patrzyli na mnie jak na idiotę ale z czasem dawali się przekonać moim argumentom i zostawałem pierwszym legalnym łowcą na ich wodach. Tylko w Okręgowych Zarządach PZW zawsze spotykałem się z odmową więc po kilku nieudanych próbach postanowiłem więcej nie tracić czasu a do ich wód wchodzić potajemnie i nie dać się złapać. Co mi się zawsze udawało.

I tak sezon za sezonem coraz więcej czasu spędzałem uganiając się za rybami w coraz to nowszych dla mnie nurkowiskach. W Polsce i w okolicach Kaliningradu. Jak tylko woda klarowała się po wiosennym mieszaniu aż do jesiennego mieszania wód nie było tygodnia bym kilka razy nie nurkował. Nawet w mroźne zimowe dni wyjeżdżałem nad rzeki by sobie popływać -  wystarczyło ze zaświeciło słońce a drogi były przejezdne. I ciągle mnie coś gnało na poszukiwania nowych przygód. Nic nie było w stanie mnie powstrzymać - ani przepisy prawne, ani kłopoty z uszami, ani koszty paliwa i napraw samochodów pernamentnie uszkadzanych podczas dojazdów do wody po leśnych bezdrożach. Nawet kilkukrotne aresztowania przez rosyjskich pograniczników nie powstrzymały mnie przed łowami w wodach w strefach nadgranicznych.

W 1998 roku poznałem kilkunastu podwodnych łowców z Kaliningradu. W imieniu klubu Mares zaprosiłem ich do udziału w MMPwŁP a oni z kolei zapraszali mnie na swoje zawody. Dopiero wtedy, gdy wziąłem udział w mistrzostwach obwodu kaliningradzkiego na jez. Wisztyniec miałem okazję na własne oczy zobaczyć prawdziwych sportowców. Zrozumiałem że to co do tej pory robiłem to była zwykła amatorszczyzna i tak naprawdę nie miałem prawa nazywać siebie podwodnym łowcą. Uświadomiłem też sobie że muszę się jeszcze dużo nauczyć i to najlepiej właśnie od Rosjan. Dlaczego?
Otóż łowiectwo podwodne było propagowane w ZSSR już od czasów Stalina. Władze popierały rozwój wszystkich sportów które mogły pomóc w przygotowaniu młodych ludzi do różnych specjalności wojskowych. Powołano do tego państwową organizację DOSAAF Добровольное Общество Содействия Армии, Авиации и Флоту (w Polsce podobną rolę spełniała Liga Obrony Kraju).
Skutkiem tego w państwach powstałych po rozpadzie ZSSR są setki tysięcy podwodnych łowców, wielu nawet z 50-cio letnim doświadczeniem zdobytym w warunkach podobnych do polskich - oczywiście tylko jeżeli chodzi o typy zbiorników wodnych, warunki klimatyczne oraz florę i faunę.
W Rosji wydawany jest dwumiesięcznik Мир подводной охоты oraz nadawane są programy telewizyjne o podwodnym łowiectwie. Działają setki klubów zrzeszonych w Rosyjskiej Federacji Podwodnego Łowiectwa. Było więc kogo podglądać i od kogo się uczyć. Myślę że szansę tę dość dobrze wykorzystałem.

W latach 1998-2004 z powodów zawodowych mieszkałem w Polsce i w Rosji, mniej więcej po połowie czasu. Miałem wynajęte mieszkanie w Sowietsku (dawna polska Tylża). Do obwodu kaliningradzkiego prawie co tydzień dojeżdżałem samochodem więc nie rozstawałem się ze swoim łowieckim ekwipunkiem - cały czas był gotowy do użycia w bagażniku. Poznani Rosjanie zabierali mnie czasami na swoje łowiska a ja w zamian zabierałem ich na swoje w Polsce. Jednak w Rosji (podobnie jak w Polsce) przeważnie polowałem samotnie.
Z Sowietska miałem blisko do rzeki Szeszupe oraz niedaleko do jez. Wisztyniec więc polowałem tam gdy tylko miałem parę godzin wolnego czasu. Dodać tutaj muszę że jednym z moich kolegów z którym tam czasami polowałem był Igor Budakov, wielokrotny zwycięzca różnych zawodów i mistrzostw, także polskich. Przez pewien czas był w piewszej dziesiątce najlepszych rosyjskich łowców. Dużo od niego się nauczyłem. Niestety, nie ma go już wśród nas. Przeczytać na ten temat można w rozdziale Zagrożenia.
Polując razem z Rosjanami podglądałem ich techniki pływania, zanurzania się, oddychania i poruszania się pod wodą. Podziwiałem ich własnej roboty kusze, nizałki, groty, podwodne latarki a także przeróbki i modernizacje firmowego sprzętu zakupionego w sklepach.
Kiedyś, gdy byłem służbowo w Moskwie, wybrałem się do nowootwartego centrum handlowego dla miłosników sportów ekstremalnych. Znalazłem tam pięć specjalistycznych sklepów ze sprzętem do podwodnego łowiectwa pod jednym dachem i w każdym byli kupujący klienci! A jakie zaopatrzenie tych sklepów! Towary ze wszystkich znanych zachodnich firm, niektóre zaprojektowane i wyprodukowane specjalnie na rosyjski rynek. Było też mnóstwo produktów rosyjskich, białoruskich i ukraińskich. Niektóre akcesoria były rodzimymi wynalazkami, wtedy nie do kupienia nigdzie indziej na świecie. Później, po kilku latach zorientowałem się że niektóre zachodnie firmy, nawet takie jak Cressi, O.M.E.R. czy Beuchat podrobiły część z tych rosyjskich patentów. Świadczy to o tym że włoscy i francuscy inżynierowie z najstarszych i największych firm produkujących sprzęt i akcesoria dla podwodnych sportów docenili wynalazców z dawnego ZSSR.

Po około 2500 godzinach nurkowania oraz setkach godzin spędzonych na czytaniu rosyjskojęzycznych publikacji i przeglądaniu postów na forach dyskusyjnych pozazdrościłem naszym wschodnim sąsiadom że mogą u siebie bez problemów uprawiać łowiectwo podwodne podczas gdy ja w Polsce muszę czasami kryć się jak złodziej gdy chcę zapolować w nocy lub w rzece albo w jakimś fajnym, malowniczym jeziorze na które z dziwnych powodów nie mogę wykupić pozwolenia.
Pomyślałem że jakby udało się w Polsce jakoś rozpropagować ten piękny sport i przyciągnąć więcej ludzi do jego uprawiania to można by później pomyśleć o jakiejś organizacji zrzeszającej podwodnych łowców. Organizacji, która by miała większą siłę przebicia do przełamywania barier ograniczających dostęp do wód. A że akurat wybierałem się na kolejne mistrzostwa Polski to postanowiłem namówić redaktora naczelnego magazynu Nurkowanie do systematycznej publikacji artykułów o łowiectwie podwodnym - wiedziałem że będzie na tej imprezie.
Niestety, odmówił. Powiedział że większość płetwonurków nie lubi łowców bo wybijają ryby i oni później nie mają co ogladać pod wodą. Mówił, że nie będzie drażnił swoich czytelników. Wiedziałem że wspólpraca ze specjalistycznym wydawnictwem dla płetwonurków byłaby bardziej efektywna ale cóż innego mogłem zrobić?
Do szerszego grona odbiorców postanowiłem dotrzeć przez Internet. I tak po kilku zimowych miesiącach spędzonych przy komputerze powstała pierwsza polska witryna internetowa poświęcona łowiectwu podwodnemu.